Cześć,
Przepraszam, że tak długo nie było żadnego odzewu. Pracuje teraz nad jednym projektem i ze wstydem przyznaję, że zapomniałam o blogu. Kolejny rozdział, ostatni już przynajmniej tutaj, w następną sobotę, Przepraszam Was, mam nadzieję, że mi wybaczycie.
Ola
wtorek, 23 czerwca 2015
sobota, 30 maja 2015
XXXII "Spacerek"
Mężczyzna
uchwycił dłoń kobiety i ścisnął dając wrażenie ptaka zamkniętego w małej
klatce. Ptaszka, który nie może podziwiać świata ale też nie grozi mu żadne
niebezpieczeństwo i życie może trwać mu na kreatywnych godzinach kontemplacji.
Mężczyzna przycisnął dłoń kobiety do własnych ust i począł obsypywać ją
pocałunkami. To znak, że życie ptaszka będzie szczęśliwe bo właściciel darzy go
uczuciem.
Andrzej
upił gorzki łyk espresso. Przyglądając się zakochanej parce w kącie Starbucksa
poczuł się troszkę niepewnie. O siódmej już był na lotniku Johna.F.Kennedy'ego,
miał więc troszkę czasu by wskoczyć na poranną małą czarną i zastanowić się nad
swoją przemową. Kiedy jednak zobaczył zakochaną parę szybko zwątpił w sens
słów, które chciał przekazać Wiktorii.
To będzie ciężki lot - pomyślał upijając kolejny gorzki łyk
gęstego espresso.
Andrzej
prosto z lotniska wziął taksówkę i pojechał do Leśnej Góry, do hotelu
rezydentów po drodze kląć głośno i narzekając dlaczego to taksówki nie są
wyposażone w klaksony, a w centrum Warszawy są korki. Jakby cały świat nagle sprzysięgał się przeciwko niemu.
Gdy
już dojechali na miejsce taksówkarz odetchnął z ulgą, a on sam nie patrząc ile
wyjmuje z portfela i komu właściwie ową trzęsącą ręką daje pieniądze, rzucił
wychodząc kilka zlepionych ze sobą banknotów na przednie siedzenie i pognał w
kierunku hotelu.
-
A Pana bagaże? - zapytał uradowany taksówkarz widząc na ile dana mu kwota
opiewała.
Chciał
zdążyć, być jak najszybciej przy niej, jakby nagle zdał sobie sprawę, że ona stanowi
remedium na wszystkie jego dolegliwości.
To były setki - pomyślał gorzko Andrzej będąc już przy
drzwiach i odwracając się by spojrzeć na samochód stojący przy bramie - Cholera, to były setki.
-
Niech Pan wypakuje - rzucił - i zostawi
przy bramie!
-
Się robi Panie kolego - krzyknął rozochocony - Już się robi.
Andrzej
zadzwonił do domofonu. Po kilku sekundach drzwi się otworzyły.
Otworzyła
Agata. Agata Woźnicka.
-
Pan Profesor? - zapytała zdziwiona - Już Pan wrócił z urlopu?.
Andrzej
minął ją w drzwiach bez słowa i już wchodził na górę. Należy stwierdzić, że to
ewidentnie było niegrzeczne.
Woźnicka
tylko pokiwała głową:
-
No tak, oczywiście - westchnęła - Wiktoria jest na górze. Proszę naturalnie
czuć się jak u siebie w domu.
Andrzej
nie pukając wszedł do pokoju, zastając
Wiktorię przy pakowaniu dużej, beżowej walizki. Z początku spojrzała
zdziwiona.
Andrzej
z furią trzasnął drzwiami. Trzeba wiedzieć, że w przemowie nie było furii,
Andrzejowi jednak z chwilą zobaczenia ukochanej wszystko się pomieszało:
-
Do Krakowa ! - zaczął z przekąsem - Zachciało Ci się nagle zwiedzać Wawel?
Wiktoria
głośno westchnęła:
-
No tak...mogłam się spodziewać, że Ci powie. To przecież oczywiste...to Twój
brat.
Andrzej
w nerwowym tiku potarł podbródek.
-
Chciałaś uciec - krzyknął - Jak mogłaś mi o tym nie powiedzieć! Gdyby nie Adam,
siedział bym tam w Nowym Yorku, nic nie wiedząc podczas gdy TY zmieniasz sobie
swobodnie miejsce zamieszkania. - krzyczał dalej - O wszystkim sama
zadecydowałaś tak? Ja i moje zdanie już w ogóle sie nie liczy!
Potok
żalu, wściekłości i smutku wezbrał w nim jak podnosi się poziom morza i
okolicznych rzek w czasie przypływu.
Teraz
to Wiktoria oburzyła się i już ze łzami w oczach trzasnęła walizką o podłogę.
Wszelka jej zawartość ; uprzednio jeszcze bezpiecznie spoczywająca w walizce na
łóżku ; teraz porozsypywała się po podłodze. W tym bielizna, która spadła przy nogach Andrzeja.
-
A ty poinformowałeś mnie o tym, że chcesz odebrać sobie życie? - fuknęła - Uwzględniłeś mnie w swoich
planach? Nawet nie zostawiłeś listu pożegnalnego.! Myślałeś tylko i wyłącznie o
sobie! - krzyczała dalej - Ty pieprzony egoisto! Cholerny furiacie ! Jestem
dorosła i nie muszę pytać się Ciebie o zdanie czy mogę lub nie gdzieś wyjechać!
Na
te słowa Andrzej sposępniał. Dostrzegła, że w oczach zebrały mu się łzy
wielkości grochu. Zawsze zgrywał twardziela ale ona w gruncie rzeczy zawsze
wiedziała jak kruchym jest mężczyzną. W niektórych sytuacjach to było sexy,
teraz natomiast zachciało jej się płakać.
-
Czego ty właściwie ode mnie chcesz?! - krzyknęła - Czego ty chcesz?
Wiktoria
wydarła się teraz tak głośno, że Andrzej poczuł
niemal namacalnie jak szyby w oknach się zatrzęsły, a jego skóra zjeżyła
się gęsią skórką.
Nagle
gwałtownie złapała się za usta czując, że już nie da rady krzyczeć więcej.
Nastała
długa i napięta chwila ciszy podczas której wpatrywali się w siebie w
milczeniu. Ona płacząca, on z podkulonym ogonem, patrzący błagalnie, również
płaczący choć starał się to subtelnie ukryć.
W dupie z przemową - pomyślał.
Po
chwili Andrzej się odezwał:
-
Chcę ciebie- wyrzekł stanowczo - Chcę ciebie i tylko ciebie. Pragnę ciebie.
Jesteś najukochańszą osobą w moim życiu.
Popatrzył
na Wiktorie tym rozkochanym pełnym czułości i tkliwości spojrzeniem i
uśmiechnął się blado.
-
Kocham cię i chcę być z tobą. Każda miłość jest czymś nowym. Zawsze stoimy
przed nieznanym. Bardzo kochałem Anne i zakochałem się w tobie - pokręcił głową - Jedno absolutnie
nie wyklucza drugiego. Od momentu gdy cię poznałem niczego nie pragnąłem
bardziej. Byłem tak tobą oślepiony, że nie dostrzegałem tego co wokół mnie się
dzieje. Wszystko było nieuchwytne i jednocześnie w zasięgu mojej ręki. Twoje
uczucie mnie uskrzydliło, przez nie zapomniałem o swych obowiązkach. Później
umarła Anna i ja nie potrafiłem sobie z tym poradzić...- tu urwał na chwile -
Wiem, że cię raniłem...- zawahał się - Ale jeśli mnie kochasz to proszę wybacz
mi i daj mi szansę. Daj mi pokazać, że mogę być dla Ciebie oparciem w każdej
sytuacji. Daj mi się sobą zaopiekować!
Wiktorią
ponownie złapała się za usta i zaczęła rękawem swojego czerwonego sweterka
wycierać już i tak całe w łzach piegowate policzki. Andrzej odwrócił wzrok:
-
Jeśli pragniesz wyjechać, jeśli ta decyzja, ten wyjazd sprawi, że będziesz szczęśliwa to ja nie będę cie zatrzymywał - spojrzał twardo na nią już panując nad sobą
i nad własnym głosem- Wtedy zabierz mnie z sobą. Wszystko mi jedno gdzie będziemy
mieszkać...Kraków czy Warszawa. Jeśli wolisz wyjechać, mieszkać w Krakowie i
naprawdę chcesz tej pracy...to jedźmy. Ale ze mną. Kocham cię i zrobię dla
ciebie wszystko.
Podszedł
do niej bliżej i wyciągnął swoją dłoń. Chwyciła ją.
Andrzej
kontynuował:
-
Ale jeśli robisz to tylko dlatego, że chcesz ode mnie uciec, to błagam nie rób
tego. Nie uciekaj ode mnie...proszę - wychrypiał - Zrobię wszystko byś była
szczęśliwa...proszę Wiktoria, proszę cię.
I
zaraz przyciągnął ją do siebie mocno obejmując, tuląc do swego torsu; gładząc
nieśmiało jej rude włosy i kruche, drobne plecy. Wiktoria objęła go mocno za
szyję nie mogąc wyrzec już nic bowiem jej gardło co chwile drażniły intensywne
spazmy szlochu. Jedno jak i drugie chciało jeszcze tyle powiedzieć jednak
trwali w milczeniu wiedząc, że wszystko co najważniejsze zostało już
wypowiedziane a sprawę można uznać za
całkowicie wyjaśnioną. Jakby nagle pomiędzy nimi ponownie utworzyła się
ta nić porozumienia, widoczna wcześniej a uprzednio zatarta przez wydarzenia
minione; każde teraz słowo według nich umniejszało ich szczęściu i uczuciu;
toteż bali się przerwać to milczenie sycąc się nim niczym spragniony człowiek
wracający z pustyni do miasta.
Andrzej
ujął twarz Wiktorii w swoje dłonie i roztkliwiony,
kciukiem zaczął wycierać jej załzawione policzki uśmiechając się przy tym
poprzez własne łzy.
Wiktoria
ocierała je wierzchem swej dłoni i
szeptała cichutko:
-
Jeszcze chwila i byś nie zdążył.
-
Ale zdążyłem - szeptał jej do ucha - Na szczęście zdążyłem.
Po
chwili się odezwała patrząc na walizkę i
to co wokół niej:
-
To trzeba poukładać. - chlipnęła uśmiechając się serdecznie - Powkładać na
swoje miejsce.
Andrzej
uśmiechnął się:
-
Niekoniecznie - odparł - Walizka może Ci się jeszcze przydać.
I
otoczył ją ramieniem składając na szyi, policzkach i ustach swoje czułe
pocałunki.
v
Irena
skrzywiła się i obróciła na drugi bok.
Z
boku słychać było jedynie równomierny oddech śpiącego Adama; ciemne kontury
jego włosów i wydatne wzniesienie jego ramienia.
Dotknęła
swojego wydatnego brzucha i ponownie się skrzywiła. Zaczynało boleć.
Zegarek
z elektronicznym cyferblatem na szafce nocnej uparcie wskazywał pierwszą
dwadzieścia pięć jakby dzisiaj, w tą szczególną noc nie mógłby trochę
przyśpieszyć by świt zaświtał wcześniej.
Szybko
podjęła decyzję. Wstała i już chciała się zacząć ubierać gdy cichy pomruk
ukochanego przypomniał jej o jego obecności. O jego chęci przynależności w tym
wydarzeniu; o jego pragnieniu wykazania się w sytuacji, w której przyszły
ojciec ,właściwie sobie tylko, winien jest wykazać się zrozumieniem i gorącym
wsparciem dla przyszłej matki. Coś w ten deseń.
Irena
skrzywiła się i usiadła na łóżku:
-
No dobra - mruknęła półgębkiem - Niech będzie.
Potrząsnęła
jego ramieniem. Z początku nie było żadnego odzewu. Chrapał.
-
Adam, chyba zaczęła się akcja porodowa - odparła spokojnie - Nie denerwuj się
tylko, mam delikatne skurcze.
Jego
reakcja była lepsza niż się spodziewała. Nagle tak gwałtownie otworzył oczy, że
w półmroku nocy jego gałki oczne świeciły się jak dwa białe neony; jakby to co
do niego mówiła było zrozumiane i przetwarzane już od samego początku.
Zerwał
się gwałtownie i zapalił wszystkie światła. Irenie zachciało się niezwykle
uroczo zaśmiać.
-
Jezu Chryste. Na pewno to już? Trochę wcześnie.
Irena
uśmiechnęła się spokojnie i kojąco. Zaczęła go uspokajać jednak nie potrafiła
ukryć nutki rozbawienia atakujące jej fałdy głosowe:
-
Odczuwam coś co normalnie nie powinnam. Zważywszy jednak, że to prawie
dziewiąty miesiąc to...- urwała i skrzywiła się, łapiąc za wydatny brzuch.
Adam
nastroszył się jak owczarek niemiecki na wieść o zbliżającej się kąpieli.
Ciągle ją obserwował jakby była pękniętym dzbankiem z mlekiem a jego zadanie to
dowieźć towar na bezpieczną przystań .
-
Normalne - dokończyła po chwili - Spokojnie na razie to nie ból ale tylko
pewien dyskomfort.
-
Widzę właśnie.
Wziął
do ręki telefon.
-
Co ty robisz?
-
Dzwonię po taksówkę.
Fala
rozbawienia przelała się nawet z tak pojemnego dzbanka jakim był ten irenowy.
Wybuchnęła śmiechem i wstała.
Adam
wybałuszył oczy i delikatnie usadził ją na łóżku:
-
Co ty robisz do cholery? Siedź na dupie, nie wolno ci się ruszać. Zaraz
zadzwonię po taksówkę.
Irena
skrzywiła się i z pod nosa powiedziała pochmurnie:
-
Kochanie - na to słowo padł wyraźny ironiczny akcent mimo spokojnej intonacji - Czy ty masz coś z
głową? Ja nie jestem postrzelona tylko w ciąży! Mam skurcze ale dopiero się
zaczęło, zanim mi odejdą wody to pewnie będzie z dziesięć godzin. Teraz wstanę
- i tak też zrobiła patrząc spokojnie na strach w jego umartwionych oczach. -
Teraz spakuję się bez pośpiechu i pójdziemy spacerkiem do szpitala hm?
Wzdrygnął
się jak pies cerber na słowo spacerek i uklęknął przed nią. Objął ją w pasie i
przyłożył swoje usta do brzucha. Ręce mu lekko drżały i był tak dalece
przestraszony, że Irenie; stronie w związku przed którą teraz nie lada zadanie;
zrobiło się go żal. Czule zmierzwiła mu czuprynę i pocałowała w czubek głowy.
-
Wszystko będzie dobrze. Nic się nie bój.
Oparł
brodę na wydatnym ciążowym brzuchu i popatrzył strachliwie na narzeczoną.
-
Niech cie szlag - mruknął - Spacerkiem. No tak. Spacerkiem.
Irena
wyszczerzyła się:
-
A tak. Spacerkiem.
v
Gdy
Wiktoria z Andrzejem zjawili się w szpitalu Adam opierał się o ścianę tuż przed
wejściem na porodówkę. Ręka trzymająca pusty, papierowy kubek po kawie
nieznacznie mu drżała. Adrenalina nie zdążyła jeszcze zejść z jego wymęczonego
układu nerwowego. Jednak nie to sprawiło, że para nagle gwałtownie się
zatrzymała. Wiktoria złapała się gwałtownie za usta, wzrok Andrzeja z natury
pochmurny jeszcze bardziej sposępniał.
Twarz
Adama, cała czerwona jak twarz dopiero co urodzonego dziecięcia, była tak opuchnięta od płaczu, że naturalne było iż
Wiktoria jak i Andrzej uznali, że coś się wydarzyło. Spuchnięte powieki
Krajewskiego z trudem nadążały usuwać ze
swych powłok wodę by z podniesioną głową odpierać ataki kolejnej partii .
-
Boże Jedyny - szepnęła Wiktoria i trwożnie uczepiła się ramienia Andrzeja.
-
Adam - spokojnie zaczął Andrzej - Co się stało?
Adam
wszelako kiwał głową a po twarzy ciągle skapywały mu łzy. Po chwili widząc
groźne spojrzenie brata i łzy przerażenia w oczach Wiktorii załkał cicho:
-
Synek. Maleńki. Ma ciemne włoski i oczki jak ja - przerwał nagle by wziąć
oddech. Ciężko mu się oddychało. Gardło drażniły łzy. Nie zauważył, że Wiktoria jest uwieszona na
ramieniu radego z tego Andrzeja - w tym momencie zdawał się w ogóle nie
kontaktować .Trzymał się dzielnie na sali porodowej ale teraz już było mu
wolno. Puścić uczucia na zieloną łączkę by się swobodnie, bez natarczywego
wzroku uliczników mogły wypasać. Dokładnie.
Andrzej
wywrócił oczami i już miał skomentować stan brata gdy Wiktoria swoim wzrokiem
sprowadziła go do porządku. Andrzej uśmiechnął się.
-
w skali? .
-
Dziesięć - zachlipał - Otrzymał dziesiątkę. Jak się urodził był tak
opuchnięty...
-
Jak ty teraz - zaśmiał się Andrzej zaraz jednak widząc minę Wiktorii zapytał - A
jak ty się czujesz, młody ojcze?
Wiktoria
wywróciła oczami:
-
Raczej, interesowało by nas - spojrzała na Andrzeja - jak się czuje Irena.
Prawda?
-
Nie no, tak, naturalnie.
Różnice
między mężczyznami a kobietami nie są subtelne.
v
Andrzej
skrzywił się gdy maszynka zostawiła krwawe cięcie na lewym policzku:
-
Cholera!
Krew
zaczęła delikatnie sączyć się z małej szczeliny, jasne słońce poranka
oświetlało ją gdy odwrócił się w kierunku szafki stojącej przy wannie. Wtedy
zauważył Wiktorię i zatrzymał się skamieniały.
Była
naga, tak jak natura stworzyła Ewę z żebra Adama. Popatrzył na siebie. Miał
tylko bokserki, dosyć obcisłe:
-
To nie fair - skomentował - Grasz nie czysto.
-
Zostawiłam wczoraj szlafrok tutaj.
I
wzięła leżący na koszu na brudną bieliznę szlafrok. Założyła ku gniewnym
ognikom w oczach Andrzeja. Wzięła od niego gazik i ocierała jego zacięcie
możliwie jak najsubtelniej, jak najpowabniej jak tylko mogła. Przyglądał jej
się w milczeniu; chociaż bardzo tęsknił za Anną bliskość tej miłości
dezynfekowała wszystko; czuł, że odżywa i tak jak mówiła Marry znów może
decydować. Z Wiktorią nie poruszali już nigdy tematu Anny jakby każde
wspomnienie o niej umniejszało czci ich miłości i pamięci tej pierwszej.
Andrzej pragnął jej teraz pokazać jak jest dla niego ważna. Nie tylko przez
sex:
-
Chciałabyś mieć ze mną dziecko?
Zawahała
się i widząc że zranienie już nie krwawi, wyrzuciła gazik do kosza na śmieci.
Objęła go za szyję:
-
Kiedyś...tak..myślę, że tak, na pewno. Ale teraz to jeszcze nie odpowiedni
moment.
Pokiwał
głową i objął ją w pasie:
-
A ile?
-
Co ile?
-
Ile byś chciała mieć dzieci?
Zaśmiała
się:
-
Trójkę?
Andrzej
wybałuszył oczy i uśmiechnął się szarmancko:
-
Jezu Chryste. Trzy to całkiem duża liczba.
Wiktoria
uśmiechnęła się w taki tylko sposób w jaki może uśmiechnąć się kobieta mówiąc o
macierzyństwie. Pocałowała go pieszczotliwie w policzek obok zranienia i
powiedziała:
-
Trójka to szczęśliwa liczba.
-
Wszystko zależy kochanie od literatury. Różne źródła podają inaczej.
Obrzucił
ją przenikliwym wzrokiem. Nie żartowała, naprawdę będzie chciała założyć z nim
rodzinę. Kiedyś. Widząc, że nie żartuje wtulił się w jej szyję i zaraz zaczął
obsypywać ją pieszczotami.
Wiktoria
delikatnie zaczęła zdejmować mu bokserki. Ponownie skomentował:
-
Grasz na prawdę nie czysto.
Powietrze
przeszył powabny kobiecy śmiech . Na podłogę obok wanny spadły bokserki, zaraz
dołączył do nich szlafrok przykrywając je kojąco.
Ola
sobota, 23 maja 2015
XXXI "Lubię kiedy kobieta"
Po pierwsze ( i po drugie i trzecie:D) przepraszam Was, że tak późno, wszakże już po północy, ale nie byłam świadoma, że redagowanie tego tekstu i dopisywanie tyle zajmie. Za późno się zabrałam. Mam nadzieje jednak,że będzie się wam podobać. Piszcie w komentarzach co sądzicie. Miłego czytania.
Marry wypełniła Andrzejowi
prawie cały czas jego pobytu w Nowym Yorku całkowicie zmieniając jego radykalne
poglądy o amerykańskim jedzeniu, kulturze i sztuce. Mimo iż pierwsze ich
spotkanie po jego przyjeździe nie
należało do udanych i z subtelnej i delikatnej dyskusji przerodziło się w
głośną awanturę pod jednym głównym tematem tabu: Samobójstwo jako główny sposób
ucieczki od wszystkiego i wszystkich; to i tak czas ten był dla Andrzeja
swoistym etapem wyciszenia po burzy, kiedy to wszelkie emocje uległy
wytłumieniu, a on sam z ulgą stwierdził, że może oddychać. Może jeść. Pić Spać.
Może żyć. I potrafi żyć
Teraz i to tylko i wyłącznie
dzięki Marry Nowy York nie kojarzył się Andrzejowi z infantylnymi ludźmi naszpikowanymi tolerancją w każdym tego słowa znaczeniu ; z
bezwzględnym konsumpcjonizmem; i z
nieustannym pogonią za czymś co tak naprawdę nie jest tej pogoni warte; a
raczej z pobłażliwym , z przymrużeniem
oka spojrzeniem mieszkańców na to co na świecie, jakby Nowy York był tylko
jedną odkrytą kropką na mapie wśród wielu białych plamek; będzie Andrzejowi się
kojarzyć z serdecznymi ludźmi, ich ciepłem i otwartością; z stanowczym jednokierunkowym
ruchem w postępie nauki i wykorzystania do jej rozwoju wszelkich jeszcze
niewykorzystanych zasobów. No i z Marry. Będzie zawsze kojarzyć mu się z Marry.
Pozytywnie.
Prawie całe dwa miesiące
upłynęły Andrzejowi na zwiedzaniu miasta, degustacji właściwie wszelkich kuchni
świata,. czytaniu książek w kawiarenkach czy też spacerowaniu po Central Parku.
Bardzo dużo rozmawiał z Marry odkrywając, ze zdziwieniem, iż bliskość siostry Anny, jest
dla jego zdrowia psychicznego zbawienna i niebywale potrzebna, jakby Marry
nieświadomie ciągle łatała tą dziurę jaka została po śmierci Anny, a którą
należało stale łatać bo gdy się ją zostawiło to sie psuła. Marry wiec ciągle łatała ową dziurę ,
starając się jednak subtelnie nie poruszać tematów smutnych i niewłaściwych,
tak by Andrzej mógł wydobrzeć a owa dziura wreszcie przestała się kruszyć i
została by definitywnie zalepiona.
Niestety Marry zawsze była
szczera, zwłaszcza gdy uważała kogoś za swego przyjaciela, a ten wewnętrzny
machinalny odruch mówienia ludziom prawdy i zawsze prawdy w końcu i tu, w
przypadku Andrzeja, wziął górę...
- Wiesz, zawsze myślałam, że w końcu
będziecie rodziną - wyrzekła patrząc się na już uschnięte liście drzew.
Spacerowali jak zwykle po
Central Parku, a chcąc się na chwile
zatrzymać by porozmawiać usiedli na jednej ze swoich ulubionych ławeczek.
Marry popatrzyła łagodnie na
Andrzeja, a on zwęził nieznacznie usta
nie patrząc na nią. Przez jego wzrok zrazu posępny przeświecał znowu ten smutek
i żal jaki Marry widziała u niego już
wcześniej. a który on tak bardzo starał się ukryć. Od dziury ponownie odpadła
duża łata.
Marry pokręciła głową:
- Przepraszam, że o tym mówię -
zaczęła i tu zawahała się...- Po
prostu...myślałam, że któreś z was w końcu wydorośleje. Że się pobierzecie i
zostaniecie rodziną. Że któreś z was w końcu postawi warunki. Określi reguły
życia.
Andrzej popatrzył chmurnie na przejeżdżającego
rowerzystę. Na lekkość i gracje jego pedałowania; na nieskrepowane żadną troską
ruchy ramion i uśmiechnięty , ten szczęśliwy,
bez trosk wyraz twarzy. Dziś w istocie był ładny dzień.
Westchnął głęboko.
- Brak mi było odwagi -
wychrypiał - A może brak świadomości tego co mam. Sam już nie wiem - wzruszył
ramionami - Powinienem podjąć decyzje. Oświadczyć się albo pozwolić odejść. Nie
więzić jej. Czuję sie tak jakbym ją więził.
Uczyniłem ją jakimś przepięknym niewolnikiem swojej osoby.
Popatrzył na Marry tak żywo i
bystro utwierdzając ją , że ta świadomość powoduje u niego katusze i męki i że
to w tej świadomości tkwi sedno całego jego cierpienia.
Po policzku spłynęła samotna
łza, którą Andrzej nerwowo otarł wierzchem dłoni:
- Anna mogła mieć każdego.
Porządnego faceta, który by ją kochał i troszczył się o nią. Każdego.
Pokręcił lekko zażenowany
głową, wściekły na siebie, że po policzkach lecą mu łzy.
Marry uśmiechnęła się ciepło i
mocno schwyciła Andrzeja pod ramię:
- Mogła..ale nie chciała. Nie więziłeś jej. Miała możliwość wyboru. Wybrała Ciebie.
Kochała Ciebie. Chciała być z Tobą.
Marry z roztkliwieniem otarła
łzę już ściekającą po policzku Andrzeja. Gdy to zrobiła Andrzej nagle
uśmiechnął się zawadiacko:
- Jakie to życie jest
przewrotne - odparł rozbawiony - Czy wyobrażasz sobie jakiś rok temu, że
będziemy siedzieć razem w Central Parku, ty będziesz trzymać mnie pod rękę
...będziesz się DO MNIE uśmiechać - Andrzej zaakcentował dobitnie wyrażenie do mnie -
Marry wywróciła oczami:
- I co najważniejsze, będziemy
rozmawiać ze sobą. Nie krzyczeć - rzekła ze śmiechem - Anna dostałaby zawału .
Nie uwierzyłaby.
Nagle Marry spoważniała:
- Wiesz... Ja ci tego
wszystkiego nie mówię aby sprawić czy przykrość. Abyś poczuł się jeszcze gorzej
niż w istocie się czujesz. Mówię Ci to wszystko bo TY w porównaniu z Anną
możesz coś z tym zrobić. Życie jest podłe zgadzam się z tym, i to, że ty i Anna
nie mieliście czasu by do pewnych kwestii
dojrzeć, to niesprawiedliwe. Okrutne i niesprawiedliwe. Ale wiem za to czego
Anna by teraz pragnęła.... - tu urwała patrząc się wymownie na Andrzeja, który
teraz w ciszy się jej przyglądał.
Po chwili kontynuowała:
- Każdy z nas wybiera taki los
na jaki myśli, że zasługuje nie wiedząc, że jest wart więcej. Andrzej....ty
jesteś wart więcej. Nie skazuj swojego życia na porażkę, tylko dlatego, że
żałujesz decyzji minionych czy niepodjętych - i teraz to w jej oczach poprzez
nieśmiałe łzy Andrzej dostrzegł kształtującą się prośbę - Chciej żyć! Skoro nie
dla siebie samego, to dla innych. Masz dla kogo żyć.
Pokiwał głową i odwrócił głowę
jakby w tym wyznaniu Marry była jakaś cząstka jej intymności, którą on nie
chciał naruszać. Właściwie chciał, tylko nie wiedział czy powinien.
Zapytał jednak po chwili:
- A ty?
Wzruszyła ramionami
- A ja? Co ja?
- A ty nie żałujesz
...dokonanych wyborów? Każdy potrzebuje miłości
i nie wierze byś ty była tu wyjątkiem
- wziął głęboki oddech i kontynuował - Ja żałuje decyzji minionych,
niepodjętych przy odpowiednio
sprzyjająco wtedy czasie i przez to boję się też podejmować ich obecnie.
Zraniłem już jedną osobę. Właściwie dwie - poprawił się myśląc o Wiktorii - I
teraz nie chcę zranić jej znowu.
Andrzej wiedział, iż teraz
myśli już o Wiktorii. O decyzjach, które powinien już na dzień dzisiejszy
podjąć, a których konsekwencje sięgają daleko w przyszłość . Jego przyszłość. I
jej przyszłość.
Marry pokręciła głową
- Nie każdy jest do tego
stworzony - rzuciła cierpko - Nie każdy jest stworzony do kompromisów. Konsensusu. Wyrzeczeń.
Marry urwała i spojrzała na
niego smutno. I w tym ułamku sekundy, Andrzej poczuł niemal namacalnie tą silę
która pcha człowieka do czynów niezwykłych; jakby odkrył na czym to życie
powinno polegać i na czym jest oparte. Co je buduje i jest nieodłącznym
fundamentem bez którego cały świat nawet
pieczołowicie budowany jest pusty. I wtedy zrozumiał. To było super uczucie.
Uśmiechnął się serdecznie i
ujął jej dłoń.
- Czemu się uśmiechasz? -
spojrzała na niego zaskoczona.
- Bo miłość nie jest logiczna.
Nie można jej wytłumaczyć. I każdy jej potrzebuje, każdy jest do niej stworzony
mniej lub bardziej. Każdy chce być kochany .Każdy. Ja. Ty.
- Ja chyba muszę się tego
nauczyć - odparła chmurnie - Bo przez
minione lata mi to nie wychodziło.
Andrzej pokiwał zafrasowany
głową wpatrując się w ciszy w mieniące się czerwienią i brązem liście klonu naprzeciwko
ławeczki; ledwo już trzymające się na swoich blaszkach liściowych, gotowe do
ostatniego lotu i w efekcie finalnym uschnięcia na grząskiej ziemi
nowojorskiego parku.
Po chwili spojrzał pewnie na
Marry i rzekł rozbawiony:
- Ja Cie kocham i chociaż wiem,
że TO nie jest to o co ci chodzi - odparł tkliwie - To jest to COŚ godnego
uwagi. Coś wartego zanotowania.
Po chwili spoważniał:
- Zawsze możesz na mnie liczyć
Marry - wyrzekł - Zawsze JUŻ możesz na mnie liczyć
Na największych tragediach
można budować największe przyjaźnie. I miłości. Oto złota zasada. Marry pokręciła
rozbawiona głową. :
- Tak, na drugim końcu świata.
W Polsce...
- Ciałem - wtrącił jej w słowo
- Ale nie duchem.
Marry pokiwała głową i mocniej
ścisnęła jego dłoń.
Zasępiła się jeszcze bardziej .
Ten melancholijny nastój obojga zdawał się udzielać również otoczeniu; wzmógł
się wiatr a brunatne , uschnięte liście z jakąś dziwną zaciętością zaczęły
spadać z drzew na ubitą ścieżkę; wzmógł się również wiatr. Przez długą chwilę
milczała by dopiero po minucie powiedzieć już ze swoim ironicznym wydźwiękiem,
właściwym chyba obu siostrom:
- Od nienawiści do miłości.
Pięknie ...naprawdę pięknie
Andrzej wyszczerzył się.
-Pamiętam , że kiedyś uczyłem
się....- zaczął - Uczyłem się , że miłość i nienawiść to jedna rodzina wyrazów.
Dzieli je bardzo krucha granica.
Marry uśmiechnęła się i wstała:
- Chodź. Standardowo kawa i
naleśniki.
- Z syropem klonowym.
Andrzej wstał; włożył ręce do
kieszenie i lekko się uśmiechając ruszył
dziarsko za Marry.
v
Irena
odetchnęła głęboko na tyle na ile tylko mogła. Miała niemal stu-procentową
pewność, że jej przeponie zostało brutalnie zabrane miejsce gdzie mogła unosić
się i opadać wymuszając skurcz i rozkurcz płuc, jedno z wielu miejsc, którymi oddychała
dostarczając tlenu do swoich komórek. Przepona. Irena. I dzisiaj właśnie poczuła, że jej
zabierano coś bardzo cennego. Zorientowała się, że przez osiem miesięcy pewien bardzo
uparty jegomość kradł jej tlen w zamian dając jedynie swoją obecność. Bystre
spostrzeżenie. Trafne odnotowanie.
Dokonywano
kradzieży stopniowo jakoby uprzednio planując każdy poczyniony krok, rozpatrując
każde zdobywane miejsce tak by matczyny inkubator przystosował się do zmieniających
warunków środowiska a cały proces nie przebiegałby tak gwałtownie. Czuła to.
Irena. I przepona. Mimo iż oddaleni byli całym niemal napiętnowanym
układem pokarmowym , to teraz odczucie braku miejsca przybrało niemal kuriozalną
wartość. W Irenie. I w przeponie.
Osiem miesięcy, cztery dni i dwie godziny –
pomyślała Irena, krzywiąc się gdy dziecko kopnęło uparcie, prosząc brutalnie o
jeszcze więcej miejsca.
Adam
uśmiechnął się i położył koło narzeczonej;
- Jeśli
on jeszcze trochę urośnie boję się, że eksplodujesz – stwierdził poważnie.
Jego
surowa mina mówiła sama za siebie. Naprawdę się bał.
- On?
-
Brzuch - wyjaśnił.
Troskliwie
dłonią zaczął wodzić po wydatnym brzuchu Ireny od dołu do góry. Tam gdzie
kończyła się obcisła podkoszulka a zaczynała ciepła skóra ciążowego brzuszka- a
było to w połowie brzucha ,tuż poniżej pępka - nagle zatrzymał dłoń i włożył ją
pod bluzkę tak by żaden ruch dziecka mu nie umknął.
- Lubię
kiedy kobieta* - zaczął ze śmiechem.
Irena
skrzywiła się.
-Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu - kontynuował
przykładając usta do brzucha i delikatnie odsłaniając go w całej okazałości. - kiedy
w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu.
- Kobieta owszem - wtrąciła sarkastycznie Irena - Ale nie tir z
przekroczonym ładunkiem.
Adam jednak nie zważał na jej humory. Prędziutko pozbawił jej
bluzki i dalej kontynuował jak zahipnotyzowany wpatrując się w jej ciążowy
brzuszek:
-Gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie - ściągnął z niej
stanik-I wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie - recytował pożądliwie co
chwila robiąc przerwę na składanie pocałunków na brzuszku, piersiach i szyi.
Irena zaczęła się śmiać.
Adam chwila się zawahał. Popatrzył z zawadiackim uśmiechem i zdjął
z niej ciasne spodnie. Teraz była już całkowicie naga a on mógł sycić się
każdym detalem jej pięknego ciała. Szybko również siebie pozbawił spodni i
bokserek:
-Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi, gdy wpija się w ramiona
palcami drżącymi - mówił coraz szybciej i głośniej a Irena zaczęła na przemian cicho pojękiwać to się śmiać z odczuwanej przez nich rozkoszy - Gdy krótkim,
urywanym oddycha oddechem...
Irena tak właśnie oddychał. Adam zawahał się i pogładził jej
policzek. Urywanym niemiarodajnym oddechem chwytała powietrze jakby nagle w
otoczeniu było za mało tlenu. Zatrzymał się i popatrzył na ukochaną:
- Nie przestawaj - poprosiła - Nie teraz. Wszystko okej.
- Gdy krótkim, urywanym
oddycha oddechem - kontynuował jednak trochę wolniej - I oddaje się cała z
mdlejącym uśmiechem.
Irena wybuchnęła głośnym śmiechem:
- Pieprzony hedonista
- I lubię ten wstyd - Adam mówił dalej co chwila sapiąc
pożądliwie - co się kobiecie zabrania, przyznać,
że czuje rozkosz, że moc pożądania, zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia, gdy
szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia.
- Hedonista szowinista.
Gdzieś w oddali rozległ się odgłos zamykanych z trzaskiem drzwi.
v
Wiktoria wróciła z pracy i gdy tylko usłyszała dosyć głośne
jęki i śmiechy rozchodzące się w całym korytarzu, a trzeba wiedzieć że doktor
Consalida miała plastyczną wyobraźnię, zamknęła się w swoim pokoju z uporem
maniakalno - depresyjnym trzaskając drzwiami.
Należy stwierdzić że maniak depresyjny ma dobrą wyobraźnię, a
maniak depresyjny z plastyczną wyobraźnią potrafi do jęków i stęków dorobić w
głowie obraz kopulującej pary. Jeśli w tym obrazie kobietę zrobić ciężarną a mężczyznę
wpatrzonego w niewiastę jak w prawosławną ikonę obraz wychodzi całkiem sexy. Dlatego
też można powiedzieć,, że Wiktoria miała świetną wyobraźnie. Maniak depresyjny
z plastyczną wyobraźnią.
Skrzywiła się gdy okazało się, że dźwięki przechodzą przez cienkie
drewno drzwi.
Rozebrała się, założyła luźny T- shirt i spodenki. Męskie. Kąpać
się nie ma po co - pomyślała kwaśno wąchając pomięty T- shirt pod pachami..
Godzinna 20. Później prysznic.
Już chciała położyć się w swoim łóżku, zagłębić się w zimnej,
samotnej pościeli gdy do głowy napłynęła inna chęć.
Wstała i poszła do kuchni zrobić sobie podwójne espresso.
Jedno w hotelu rezydentów było
najwyższej jakości. Ekspres do kawy -marki Aid Kitchen, który parzył kawę
jakości iście kawiarnianej o ile taka jakość w ogóle istniała. Adam lubujący
się w kawie, jak jego brat - pomyślała
cierpko Wiktoria, postawił sprawę jasno - W hotelu może nie być papieru
toaletowego ale dobry ekspres musi być. Wyłożył połowę kwoty czyli trzy tysiące
złotych a reszta podzieliła się kosztami. Ekspres tej marki był także w domu
Andrzeja o czym ostatnio patrząc na logo firmy na ekspresie, Wiktoria sobie
przypominała parząc swoje ulubione espresso.
Do kuchni dobiegły głośne śmiechy. Jęki. Stęki. Chichy. Ledwie karczmy
nie rozwalą. Hihi, hejże hola! Wpatrzyła się w brązowy płyn powoli cieknący do
malutkiej filiżanki.
I zaraz chciało jej się płakać. Nic jej tu nie trzymało.
Zrobiła espresso i wróciła do łóżka. Zdjęła majtki i zanurzyła się w pościel sącząc energetyczny napar. Po chwil dołączył
do niej Bartek. Stanął w progu z własną filiżanką. Z lekkim zarostem, białym
podkoszulkiem i luźnymi szortami wyglądać niezwykle atrakcyjnie. Niechlujno
atrakcyjnie. Prawda, w tym momencie doktor Consalida chciała go znów przelecieć
ale kładła to na karb swojej samotności i tęsknoty za kimś tak odległym, że aż
niedostępnym. Za niedostępnością, która nie była łaskawa nawet powiadomić jej
osobiście o swojej czasowej niedostępności.
- Mogłeś mi powiedzieć, że będziesz parzyć sobie shota - rzekła z
wyrzutem - Poczekałabym na ciebie. Zrobiłbyś i mi panie baristo.
Wzruszył ramionami. Usiadł na skraju łóżka.
- Włączymy muzykę.
Wiktoria nawet nie kiwając głową na akceptację wychyliła się do
szafki przy łóżku chwytając pilota od wieży.
Zaraz rozległy się nostalgiczne nuty utworów Chopina.
Nokturn E- flat major, Op.9, No.2.
Bartek pokiwał głową i spojrzał wymownie na Wiktorię:
- Rozumiem.
Zamknęła oczy i " w ciszy" rozkoszowali się muzyką póki
nie doszedł ich tak głośny męski okrzyk, że śmiało można powiedzieć, że przy
tej ekspresji Adam mógł swobodnie konkurować z innymi starając się o pracę jako
sprzedawca kukurydzy na bałtyckiej plaży. A jakiego rodzaju był to okrzyk to
sprawa do prywatnego wyobrażenia.
Wiktoria otworzyła oczy i wywróciła nimi jak starsza ciotka-
trzpiotka-przyzwoitka.
Bartek zaśmiał się i dalej sączył swoje espresso.
Po chwili odezwał się:
- Zazdroszczę im.
- Czego?
- Daj spokój Wiki. No wiesz... Ty też im zazdrościsz. Tego, że
mają siebie nawzajem. Że kochają się tak bardzo, pożądają siebie tak chciwie,
że nawet ósmy miesiąc ciąży Ireny im nie przeszkadza by uprawiać miłość -
Bartek dobitnie i najwidoczniej z właściwym sobie celem zaakcentował wyrażenie "uprawiać
miłość" zamiast "uprawiać seks". - To naprawdę piękne.
Wiktoria milczała. To prawda bardzo im zazdrościła ponieważ tęskniła.
Wkurzała się pomimo tęsknoty i pragnienia bliskości z mężczyzną będącym teraz
na innym kontynencie - mimo to wiedziała, że Andrzej wykonał słuszny krok. Jednocześnie miała mu to za złe, tęskniąc za
nim i pragnąc jeszcze bardziej tego co teraz mogłoby się wydawać dla nich, dla
niej jedynie czystą mrzonką.
Podjął decyzje a za każdą decyzją
idą jej konsekwencje - pomyślała gorzko - Nie pytał mnie o zdanie co znaczy, że nie
jestem dla niego dostatecznie ważna.
Gorycz w umyśle Wiktorii sprawiła, że po policzku spłynęła samotna
łza.
- Więc to profesor Andrzej
Falkowicz jest tym mężczyzną, którego darzysz uczuciem. Widziałem jak płakałaś
kiedy " nieumyślnie" się postrzelił, wtedy w szpitalu - wytłumaczył
po chwili gdy spojrzała na niego.
Pokręciła głową:
- Bartek, ja nie chcę o tym rozmawiać.
- W porządku. Nie będę ciągnąć cię za język.
Wiktoria uśmiechnęła się i jeszcze wyżej podciągnęła pościel
zdając sobie sprawę, że jest pod nią całkowicie naga od pasa w dół. Bartek młody i przystojny. Amant. Ona samotna
i zraniona. Kompilacja idealna. Chopin w tle.
- Musze sobie wszystko poukładać - po chwili powiedziała - Podjąć
pewne decyzje.
- Ale ja ci nie przeszkadzam w dumaniu?
Zmarszczyła czoło:
- Nie, absolutnie nie.
- Lubię kiedy kobieta duma - odparł ze śmiechem - Chodź - wstał i
wziął również jej filiżankę stojącą na szafce przy łóżku - Zrobimy sobie
kolejną porcję kofeiny i wtedy podumamy.
Wiktoria jeszcze wyżej podciągnęła pościel i wtopiła głowę w mięciutką
puchową poduszkę.
- Nie mogę - rzuciła figlarnie - Jestem naga od pasa w dół.
- Tego nie musiałaś mi mówić.
v
Do planowanego powrotu
pozostawały Andrzejowi jeszcze trzy tygodnie i chociaż tęsknił za Wiktorią i
Adamem; chociaż w głowie planował już
sobie rozmowę jaką będzie chciał odbyć z ukochaną; i chociaż wizje tego co będzie się starał
wyrazić słowami a co wiedział słowami
chyba nie da się wyrazić, krążyły mu w głowie ; mimo tego to wszystko nie
sprawiało, że chciał wracać.
Prawda jest taka, że zadomowił
się tu w Nowym Yorku. Dobrze mu było z
Marry, a ten wszechobecny smród tłocznego miasta pieścił jego nozdrza i działał
jak narkotyk; przeciwnie aniżeli powinien nie odstręczał go. Zakochał się w tym
mieście tak bardzo jak można zakochać się w francuskich bagietkach czy w
gorącej czekoladzie z ekstra pianką. Zakochał się na słodko. Na trwale.
Siedząc w kawiarence na Washington
Square Park przeglądał wiadomości na swoim iPadzie i sączył kawę, gdy zadzwonił telefon.
To był Adam.
Andrzej uśmiechnął się szeroko.
- Co tam braciszku? - odebrał po drugim sygnale - Cieszę się, że
dzwo...
- Andrzej, ona chce wyjechać -
głoś Adama brzmiał głośno i niezwykle rzetelnie przez słuchawkę - Wiktoria chce
wyjechać. Dostała propozycje pracy, bardzo korzystną ofertę pracy z dużymi
perspektywami rozwoju. Z początku się wahała, nic nie chciała mi powiedzieć, siłą
musiałem od niej wyciągać informacje, ale wygląda na to, że się skusi. Pójdzie
na to.
Andrzej słuchał z posępnym
wyrazem twarzy. Poczuł na karku jak zjeżyły mu się wszystkie drobne włoski.
Adam kontynuował:
- Informuje cię o tym, żebyś
nie był zaskoczony. - ciągnął - Podejrzewam, że ona sama cię o tym nie poinformuje.
- Gdzie ta praca? Gdzie chce
się przeprowadzić?
Usłyszał ciche westchniecie w
słuchawce:
- Kraków. Do Krakowa
Andrzej prychnął:
- Pewnie M.D Clinic....to ją
pewnie skusiło...wysokie zarobki....badania.
- Pewnie tak - Adam westchnął -
Pewnie tak.
Nastała chwila ciszy na linii.
Obaj panowie wiedzieli, że Wiktorii nie chodzi o zarobki, odległość czy
perspektywy rozwoju.
Po chwili Andrzej ścisnął
mocniej słuchawkę.
- Adam ...nie możesz pozwolić
jej wyjechać - wyrzekł zdesperowany - Ja wiem...
- Nie, Andrzej! - przerwał mu -
Nie! Nie mam prawa by tego robić. To jest jej świadomy wybór, a ja nie mogę na
nią wpływać. Jest wolną kobietą, sama za siebie odpowiada - tu Adam zawahał
sie - Dlatego błagam Cie nie proś mnie o
to. Chciałem Ci tylko powiedzieć...abyś wiedział
Andrzej złapał się nerwowo za
włosy.
- Proszę cię tylko - wychrypiał - abyś ją zatrzymał na kilka
dni.
- Andrzej co znaczy zatrzymaj
na kilka dni? Mam ją więzić w domu, trzymać pod kluczem w pokoju?
- Cholera po prostu postaraj
się ją zatrzymać! Niech się wstrzyma.
I'm
coming.
- Andrzej co ty zamierzasz zrobić?
Ale Andrzej już się rozłączył.
Jak najszybciej zarezerwował najbliższy wolny lot do Warszawy.
Odlot
jutro o godzinie 9.00 czasu miejscowego - przeczytał na ekranie
swojego iPhona i bez zastanowienia zabukował jedno miejsce.
Ja jej dam Kraków - pomyślał
wściekły - Kurwa już ja jej dam.
Dopił pośpiesznie kawę ,
zostawił spory napiwek i ruszył do domu spakować wszystkie swoje rzeczy.
Ola
"Lubię kiedy kobieta" - liryk Kazimierza Przerwy - Tetmajera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)