Hej `kochanii:-*
Wprawdzie nie było wcześniej czasu by Was zapytać ale pomysł chodził po głowie od kilku miesięcy - mianowicie mam pomysł by założyć kolejnego bloga ( może za miesiąc, dwa) w związku z tym, że to opowiadanie do wakacjii pewnie dobije końca a ja nie wyobrażam sobie już swego wolnego czasu bez pisania ( po prostu sprawia mi to przyjemność) Zapaliłam się na ten projekt. I dlatego moje pytanie - Czy ktoś byłby zainteresowany czytaniem tego....tej....chyba coś jak powieści psychologicznej z elementami kryminału publikowanej rozdziałami ale jako tako spójnej. Mam jako taki fajny pomysł lecz pytam się Was, czy czytalibyście to, bo pisanie tak samo a nie dla kogoś mija się dla mnie z celem. Owszem samo pisanie jest świetne, wielu z Was to pewnie wie....ale jest jeszcze przyjemniejsze kiedy nie jest do szuflady. Nie wiem czy mam już pracować nad wyglądem nowego bloga dlatego piszcie w komentarzach czy jesteście za tym, co uważacie i czy chcielibyście coś takiego przeczytać.
Dodam - to trochę będzie powiązane z naszymi bohaterami z Leśnej Góry, bardzo luźno lecz jednak. Jeśli macie jakieś pomysły to dawajcie! Inspirujcie mnie!
Ola
piątek, 8 maja 2015
poniedziałek, 4 maja 2015
XXIX "Morfina"
Zachęcam do komentowania i mam nadzieję, że będzie się wam podobać. Miłego czytania ;-)
Śmierć Anny była tym punktem w życiu Andrzeja, w którym zbiegały się wszelkie jego dążenia i marzenia - i ginęły jakoby utopione przez okrutną rzeczywistość.
Śmierć Anny była tym punktem w życiu Andrzeja, w którym zbiegały się wszelkie jego dążenia i marzenia - i ginęły jakoby utopione przez okrutną rzeczywistość.
Gdy wrócił do domu następnego
poranka, z trudem mógł patrzeć na z pozoru normalne obrazy codziennego życia.
Lodówka, ta biała lodówka z jakimiś rozpiskami Anny o kolejnych sympozjach czy
chociażby notatka na różowej karteczce z
informacją o wizycie z Louim u
weterynarza, wydawała mu się tak potworna i okrutna; że gdy ją zobaczył-
rozpłakał się. Na kuchni stały brudne talerze, których nie zdążył wstawić do
zmywarki; na jednym z talerzy widać było przyklejony zaschnięty kawałek
jajecznicy; kubek po kawie na samym wierzchu wewnętrznej części zawierał
brązowy osad po napoju, a kuchenka, ta tak przyjemna kuchenka, na której co
jakiś czas Anna nieudolnie starała się coś upichcić, wskazywała godzinę 10 ;
wszystkie te drobnostki były wszelako dla Andrzeja zbyt straszne i dla jego
psychiki druzgocące by na nie patrzeć - szybko więc odwracał wzrok.
Nawet Loui, a może tym bardziej
przemiły i ukochany kot Anny, stał się czymś dla Andrzeja tak szpetnym iż tylko
przez litość i świadomość przywiązania jakim Anna darzyła zwierzaka - nie
cisnął czymś w niego, nie zrobił krzywdy. Zamiast tego, biorąc porcelanową
wazę, która w pierwszej kolejności miała być przeznaczona dla kota,
finalnie Andrzej cisnął nią w jedną z salonowych ścian. Kaktus z jadalni
znalazł się na podłodze w łazience przełamany na pół, a sam Andrzej z 36 igłami
w ręce prawej i 13 w lewej, legł na podłodze w łazience oparty o marmurową
wannę.
Po jego zmęczonej, zdruzgotanej
twarzy ściekały łzy, które ocierał wierzchem dłoni.
Gdzieś słyszał klakson
samochodu, gdzieś ktoś zahamował z piskiem opon, jeszcze gdzie indziej karetka
pogotowia jechała na sygnale.
Spojrzał na własne ręce, po
których już nieśmiałymi strużkami sączyła się czerwonobrunatna krew. Zębami
zaczął wyjmować igły z jednej reki by następnie zakrwawiona ręką pozbywać się
igieł z drugiej reki. Gdy skończył krew leciała już obficie z jednej jak i
drugiej dłoni.
Podszedł do lustra i spojrzał
na własne odbicie. Kilkakrotnie mrugnął. Wyjął z małej apteczki mieszczącej się
w jednej z szufladek pod umywalką - malutką fiolkę. Wysypał na blat umywalki
kilka tabletek; wziął do reki dwie i ważąc ich ciężar w dłoni by zyskać na
czasie przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze.
Po chwili zażył.
v
O 4 po południu automatyczna
sekretarka w domu Andrzeja zanotowała 56 wiadomości głosowych.
5 autorstwa Wiktorii, 2 Adama i
reszta od ludzi z kondolencjami. Skasował wszystko i ponownie usiadł na
podłodze w łazience.
0 5 zadzwonił dzwonek do drzwi,
a będąc prawie pewny iż jest to Wiktoria bądź Adam ( nikt inny bowiem nie znał
kodu do furtki), wstał i ociągając się jak tylko to możliwie poszedł otworzyć.
Jakież było jego zdziwienie gdy
jego oczom w drzwiach ukazała się zmęczona twarzyczka o wydatnych szczekach;
o smutnych oczach płaczących znad
grubych lenonków, kościstych bladych rączkach i kruczo - czarnych loków spiętych
w słynnego eleganckiego koka; to podobieństwo do Anny było tak przerażające iż
w pierwszej chwili Andrzej poczuł się jak człowiek na polu z komórką w czasie
burzy- i tylko prosił by ten piorun w końcu go dosięgnął.
- Andrzej - szepnęła Marry i
nie mogąc wyrzec więcej zakryła usta dłonią i rozpłakała się.
Przytulił ją mocno.
v
Marry pozostała u Andrzeja
przez 3 tygodnie i jeszcze nigdy jej wizyta nie była mu tak droga.
Nie tylko ciszył się jej
bliskością wszakże było mu ona teraz tak niebywale potrzebna ale by wypełnić
minimum rozmów z człowiekiem jakie winien był światu - rozmawiał z nią o TYM
bowiem wydawało mu się, że nie jest w stanie rozmawiać z nikim innym o Annie
aniżeli z Marry - a potrzebował tego ; a ona go rozumiała. Jak człowiek zraniony głęboko czymś ostrym i
tępym - poczynając dużą ranę co jakiś czas polewa ją wodą utlenioną - Marry
była jego wodą utlenioną i chociaż nie goiła rany nieznacznie ją dezynfekowała.
Tydzień po śmierci odbył się
pogrzeb, na który przyjechali liczni goście pogrzebowi z Zurychu i Stanów
Zjednoczonych ; była mała rodzina Anny w liczbie pięciu osób - wuj, ciotka,
Marry i dwie siostry cioteczne (rodzice
Anny nie żyli) i duża szpitalna rodzina ze Szwajcarii w liczbie 113 osób.
Z Leśnej Góry zjawił się cały
szpital.
2 tygodnie po pogrzebie Marry
wyjechała a Andrzej jeszcze nigdy, mimo iż Wiktoria i Adam stale dotrzymywali
mu towarzystwa na zmianę, nie czuł się
tak samotny. Wręcz przeciwnie odstręczał mocno od ich towarzystwa znajdując w
tym ich poczynaniu coś odrażającego i litościwego; że przy każdej sposobności
ranił ich słowem jak tylko mógł.
Oni pozwalali mu na to
tłumacząc to jego zachowanie między sobą słowami : Potrzeba czasu.
I tak mijały kolejne dni
przechodząc w tygodnie, te z kolei w miesiące, a Andrzej jakoby obdarty z
wszelkich uczuć , złamany na pół tak że nie potrafił skleić się samodzielnie;
chodził do pracy, do której wrócił możliwie jak najszybciej i chyba tylko w niej
znajdował pewną dozę ukojenia; gdy rano wstawał brał tabletkę morfiny, gdy
kładł się wieczorem do łóżka nie mogąc zasnąć brał dwie tabletki. Na zapytanie
osób postronnych, które dostrzegając obłęd
w jego oczach i ogromne worki pod oczami, ziemistą cerę jego policzków
; którzy pytali: Wszystko w porządku profesorze? odpowiadał: W jak najlepszym.
Wiele razy chciał się zabić,
jednak już znajdując się z pistoletem bądź sznurem w ręku- wynajdował sobie
że ma niezapłacone rachunki czy też w
przyszłym tygodniu przyjdzie hydraulik naprawić kran w zlewie w kuchni- a on przecież musi być wtedy w domu; zdawał
sobie sprawę że po prostu brak mu odwagi. Żył więc dalej.
Wiktorie i Adama ,wszelako z ogromnym wysiłkiem, trzymał na dystans.
v
Wiktoria była osobą która, pomimo
swojej przekorności i impulsywności w działaniu, na własnym przykładzie
przekonywała się, że czas z własnej natury ma właściwości lecznicze. Trzeba
tylko zrazu dać mu działać. Jest jak najlepsza morfina z bonusem w postaci
dozownika, która codziennie odmierza ci
odpowiednie dawki specyfiku. A ty po pewnym czasie przekonujesz się nie odczuwając nareszcie bólu, że już jej nie
trzeba. Ona wiec wszelako zmniejsza dawki, po pewnym czasie sprawiając, że w
Twojej głowie toczy się istna batalia myśli bieżących z wspomnieniami
przeszłymi. I wykonujesz taki życiowy rozrachunek stawiając sobie podstawowe
pytanie: Co się teraz liczy? Co jest ważne?
A gdy odpowiesz, spokój napływa
do Twej duszy i już wiesz co masz czynić.
Wiktoria wiedziała.
Widok Andrzeja, który ze
starego Andrzeja pozostawił sobie naprawdę nieliczne cechy, podziałał na nią
jak płachta na byka - rozjątrzył lecz zarazem zmusił do, tutaj nasilonego i
pozytywnego, działania. Porzuciła wszelkie myśli i wytłumaczenia jego okropnych
i bezdusznym zachowań; wyparła się świadomości uczucia jakim Andrzej darzył
Anne; pozostawiła za sobą wszelkie wydarzenia i wybory które ich dzieliły -
teraz liczył się tylko Andrzej. Kochała go, a widok cienia jaki pozostał z
ukochanego człowieka napawał ją potwornym smutkiem, żalem i lękiem. To
niezależne od niej uczucie kierowało nią i motywowało do nieustannego
działania; gdy obserwowała jego chmurne, posępne spojrzenie bez jakichkolwiek
ambicji, jego obojętność i szorstkość w obyciu z właściwie każdym człowiekiem,
brak chęci do jakiejkolwiek towarzyskiej aktywności (wyjścia do kawiarni czy chociażby pójścia na
siłownie) , przeciwnie aniżeli on pragnął
-nie zniechęcało ją.
Była przy nim dalej. Zgodnie z
obietnicą. Zgodnie ze sobą.
Trzy miesiące po śmierci Anny
stwierdzając , że owe : potrzeba czasu zdecydowanie sie wypaliło
a sam czas is over , postanowiła już
któryś z kolei raz porozmawiać z Adamem.
Złapała go na korytarzu i siłą
zmusiła do wejścia do szpitalnego
kantorka.
To jej przypomniało inną, teraz
tak odległą , jakby przysłoniętą gęstą i ciężką mgłą, scenę z jej życia.
- Musimy porozmawiać - zaczęła
twardo - Tak już nie można....
- Ahh Wiki...- odrzekł
zrezygnowany - Gdybym ja wiedział jak mu pomóc.
Od razu zorientował się o czym będzie prowadzona przez nich rozmowa.
Popatrzył na nią łagodnie.
- Mówiłeś, że potrzeba czasu,
minęły już 3 miesiące a on jest nie do życia, jest cieniem dawnego człowieka! -
w oczach Wiktorii zaczęły zbierać się łzy -
Powtarzałeś, że trzeba dać mu trochę swobody, jednocześnie pilnować tak
byśmy mieli go na oku lecz aby czasem nie odczuł ,że krepujemy mu ruchów.
Otarła łzy rękawem błękitnego
mankieciku.
Kontynuowała:
- Z tego nic nie wynika! Jest
coraz gorzej! -odrzekła po czym zapytała
- Kiedy ostatnio u niego byłeś?
- Przedwczoraj- łypnął na nią
spode łba - Nie muszę dodać, iż nie był
on ze mną zbyt rozmowny. Pogapiliśmy sie na siebie z pół godziny.
Zapytał się mnie tylko kiedy jest planowany poród po czym grzecznie oznajmił mi,
że idzie się wykąpać. Co znaczyło u niego kulturalnie - facet spadaj.
Wiktoria pokiwała głową. Życie
mimo iż na wiele z nich zesłało cierpienia i wątpliwości, dalej toczyło się
dawnym rytmem. Adam mimo iż w pewnych momentach cierpiał to w reszcie momentów
się radował. I ta mieszanka cierpienia i radości nie dawała mu zmrużyć oczu.
Nie wiedział, której z nich winien się podporządkować. Narodzinom swojego
pierwszego dziecka czy powolnemu rozpadowi jego ukochanego brata. Za dużo uczuć
w życiu to też niedobrze.
- Nie zrobiliśmy tego co
powinniśmy - zaczęła z wyrzutem - Powinniśmy...
- Uwierz mi Wiki - przerwał jej
- Zrobiliśmy wszystko co możliwe. Gdybym wiedział jak mu pomóc, zrobiłbym
wszystko. Myślisz że mnie to nie boli? Że nie jest mi ciężko? Za miesiąc
zostanę ojcem! Powinienem się w pełni cieszyć a on wraz ze mną! - rozłożył ręce
w geście, który oznaczał że nie mają już nic, wszelkie wysiłki i pokłady
pomysłów zostały już wyczerpane - To mój brat. Kocham go bardzo i poczyniłbym
wszystko by mu się polepszyło.
Wzruszył zrezygnowany ramionami.
- Tylko, że ja patrzę na niego
i dostrzegam tylko jedno...
Wiktoria smutno spojrzała na
Adama a on teraz , jak z otwartej księgi, mógł wyczytać z jej twarzy tak
wyraźną i krzyczącą bezsilność oraz prośbę o pomoc, iż poczuł, że nagle coś
uporczywie swędzi go w klatce piersiowej.
- Brak chęci do życia -
dokończył smutno - Brak jakiegokolwiek
przejawu chęci dalszego życia. Jemu po prostu przestało zależeć. - i wzruszył
przygnębiony ramionami.
Wiktoria wyjęła z kieszeni
swojego błękitnego mankietu malutką fiolkę i podała Adamowi.
Spojrzał zdziwiony.
- Co to jest?
- Morfina.
I rozpłakała się.
v
Od razu po rozmowie z Wiktorią,
Adam postanowił powziąć nowe, bardziej radykalne kroki, które jak jeszcze nie
wiedział, summa summarum doprowadziły do felernych skutków. Odczuwał chęć,
podobnie jak dentysta, który nie wiedząc który ząb pacjenta jest zepsuty, a
widząc jego potworny ból - wszelako wyrywać wszystkie; tak i on pałał by
kompleksowo pozbawić Andrzeja wszystkich zębów.
I z tym nastrojem, po dyżurze
udał się do jego domu.
Padły nieładne słowa: debil,
imbecyl, cymbał i nie wiedzieć czemu
niedojda życiowa, po których Andrzej łypnął na brata spode łba, wzruszył
ramionami i odparł tylko:
- Może i tak.
Adam z furią wyszedł trzaskając
drzwiami, a sam Andrzej pozostawiony sam sobie, poszedł do swojego gabinetu i z
malutkiej szuflady przy swoim biurku wyjął pistolet.
Debatował nad czymś ważnym
kilka sekund, które jemu wszakże zdawały się być długimi godzinami; by po
chwili już podejmując decyzje zacisnąć mocnej dłoń na rękojeści pistoletu.
Czuł nagłą suchość w gardle; na
głębokiej zmarszczce na czole zaczęły zatrzymywać się drobniutkie kropelki potu
a wejrzenie jego nagle przybrało jakiegoś dziwnego wyrazu obłędu człowieka
uciekającego- zmęczonego pościgiem lecz
jednocześnie nie mogącego się zatrzymać; myśląc jednak, że wszelkie rachunki ma
zapłacone a hydraulik jakoby zaszczycił go wizytą wczoraj, drżącymi rękoma
przyłożył lufę do serca.
I zaraz znów począł odczuwać to
przeraźliwe rozdwojenie duszy, ból tak wielki jakby serce rwano mu na części. I
znowu wraz wszystko sobie przypominał: jej kochające piękne wejrzenie
zeszklonych błękitnych oczu, zapach włosów i skóry i cienką linie
elektrokardiografu, która nie wiedzieć czemu nagle zrobiła się tak płaska; czuł
niemal fizycznie jej dotyk i obecność, jej ciepły oddech, blade rączki o
kruchych paluszkach całych w delikatne pierścioneczki; a wiedząc, że już traci
wszelkie zmysły - pokręcił gwałtownie głową jakby chciał uciec gdzieś w
najskrytsze, jeszcze czyste, zakamarki umysłu.
Po chwili nacisnął spust.
v
Adam nie zdążył jeszcze wejść
do samochodu , gdy usłyszał strzał. Strzał, który przeniknął jego całego,
mrożąc go do szpiku kości.
- Boże jedyny - szepnął -
Andrzej ! - począł krzyczeć i powtarzać co raz.
Furtka była zatrzaśnięta.
Przeskoczył przez ogrodzenie i pognał do domu. Ogrodzenie było wysokie więc
zanim wspiął się, życie skradło mu sporo teraz tak potrzebnego czasu.
W dużych przeskokach dopadł
drzwi, które na szczęście były otwarte- Andrzej najwidoczniej w porywie
własnego szaleństwa , zapomniał ich zamknąć.
Wpadł do domu, krzycząc:
- Andrzej! Andrzej! Gdzie ty
jesteś?
Z gabinetu doszedł do jego uszu
cichutki, ledwo dosłyszalny jęk:
- Tutaj.
Andrzej leżał na podłodze w
gabinecie. skulony tak by móc dosięgnąć rękami swoje prawe udo i trzymając się
za nie stękał z bólu. Wszelako w tym
stęku i jęku, później Adam dopatrzył się nie tyle bólu co szaleństwa. Rana
postrzałowa z której teraz obficie skapywała na podłogę czerwonobrunatna gęsta
krew, znajdowała się na wewnętrznej stronie uda, niebezpiecznie blisko
pachwiny.
Gdy Andrzej zauważył brata
nieznacznie podniósł głowę by móc widzieć jego postać w progu:
- Strzeliłem nieumyślnie -
jęknął- Naprawdę nieumyślnie.
- KURWA, TO NIE STRZELAJ WIĘCEJ
NIEUMYŚLNIE - krzyknął - Dobrze, już
dobrze , wszystko będzie dobrze- powtarzał zdenerwowany.
Dopadł do niego i pośpiesznie
zdjął swoją granatową bluzę zaciskając nią wokół uda tak by zahamować
krwawienie.
- CO CI STRZELIŁO DO GŁOWY ?-
zapytał krzycząc.
Właściwie
nie oczekiwał odpowiedzi.
- Strzeliłem nieumyślnie,
nieumyślnie strzeliłem - powtarzał co raz - Cóż za wstyd! Cóż za hańba!
Upokorzenie! Nawet zabić się nie potrafię. Tak raz a porządnie! Ot co!
- Przestań! Zamknij się do
cholery ! - warknął Adam .
Pośpiesznie wyjął telefon komórkowy
- Zaczynasz majaczyć -westchnął
- Pieprzony egoista
Wybrał numer szpitala.
- Co ty robisz ? - jęknął
Andrzej i nagle, jego dotąd bystre spojrzenie zaszło mgłą, a wyraz twarzy ze
zdenerwowanego grymasu bólu przeszło w jakiś bardziej odległy stan szczęśliwej
obojętności.
- Andrzej! Kurwa Andrzej,
zostań ze mną ! Zostań ze mną do cholery.
Klepnął go kilka razy po
policzkach. Dosyć dobitnie. Musiał zrozumieć.
- Zostań ze mną!
Andrzej wytrzeszczył oczy tak, że pomijając szare tęczówki gałki przypominały teraz dwa, bardzo dobrze wypolerowane białe spodki do zastawy od herbaty.
- Jak sobie życzysz....Nie bądź
zły, moralisto.
I Andrzej uśmiechnął się
szeroko.
Widząc ten wyraźny objaw
szaleństwa czy raczej przykład klasycznej beznadziejności, Adam wybałuszył oczy i warknął :
- Ty masz nie po kolei w głowie
. Zostań ze mną!
Zadzwonił po karetkę co raz
powtarzając zabieg klepania po policzkach. Co uderzenie zwiększał jego siłę.
- Strzeliłem nieumyślnie,
nieumyślnie strzeliłem - majaczył - Cóż za wstyd....Wiktoria....Strzeliłem
nieumyślnie....Wiktoria...Nie może się dowiedz...Strzeliłem nieumyślnie -
powtarzał.
Zaczął zatracać się we własnej
podświadomości.
Adam ujął jego twarz w swoje
dłonie dopiero teraz czując napływającą do jego żołądka lodowatą gulę
przerażenia.
Na aksamitnie utkanym lnianym
dywanie wokół Andrzeja zaczęła się zbierać duża kałuża krwi :
- Już dobrze, wszystko będzie
dobrze - załkał przerażony Adam- Nikt się nie dowie. Już nic nie mów.
Ucisnął mocniej jego udo swoją bluzą.
Ucisnął mocniej jego udo swoją bluzą.
On wszelako majaczył:
- Wiktoria...Nie mów
jej...Strzeliłem nieumyślnie... Wiktoria- i stracił przytomność.
Po dziesięciu minutach
przyjechała karetka pogotowia.
Ola
sobota, 25 kwietnia 2015
XXVIII " Gdybym tylko wiedział"
Mam nadzieję, że ta część Wam się spodoba. Zachęcam do komentowania bo jak to mawiają na blogach (podobno xD) to inspiruje. Coś w tym jest. Trzymajcie się i miłej lektury ;-)
Poranne słońce wkradało się do sypialni
przez delikatne muślinowe zasłony; gruba tkanina bawełnianych kotar nie
przeszkadzała bowiem wisiała odsłonięta, ściśnięta między materiałem ciężkiego
pasa. Mimo iż część domowników już nie spała, spora część bo jedna druga,
promienie i tak głaskały pozostawione przez nią, delikatne, podobne do kształtu
kremowego puddingu w szklanym pucharku, miejsce na poduszce. Wygniecioną
pościel. I nagą postać swego Pana. Jego ciche westchnienia dezaprobaty z powodu
braku jednej osoby obok siebie. Westchnienia dezaprobaty do którego niedługo
będzie musiał się przyzwyczaić. On i jego poranne promienie.
- Anna – krzyknął i wtopił głowę w
kremową poduszkę. – Anna! Wszystko w porządku!?
Anna stanęła w progu:
- A jakby było nie tak, to myślisz, że
bym Ci odpowiedziała?
Zaśmiała się widząc leżącego na brzuchu,
gołego – jedynego na świecie człowieka z trzema półdupkami.
Andrzej obrócił głowę tak by móc ją
widzieć i wyszczerzył się:
- Myślę, że jesteś na to za mądra.
Wzruszyła ramionami:
- Na co? – zapytała – Na skargę z powodu
cierpień czy na same cierpienia?
- Na cierpienia nie masz wpływu – wyrzekł
– Sądzę więc, że na skargę bo ona jest rzeczą podlegającym ludzkim wpływom.
Anna usiadła przy nogach Andrzeja i mimo
jego usilnych próśb – pogładziła trzeci półdupek po raz setny mówiąc, że jej
przykro. Należy stwierdzić rzecz oczywistą- gdy człowiek mówi, że mu przykro,
nawet taki jak Anna, rozbawionym głosem – to tak na prawdę nie jest mu przykro.
Złota zasada dwudziestego pierwszego wieku.
Anna zasugerowała rozbawiona, że posmaruje
mu tenże środkowy półdupek na co Andrzej nie mógł zaprotestować.
Gdy smarowała obrócił głowę w jej
kierunku i spojrzał oczyma przepełnionymi uczuciem i rzekł:
- Lepiej mi by było rok na Twojej
wycieraczce niż dwadzieścia lat samotnie w swoim łóżku.
Anna zaśmiała się i nachyliwszy się
ucałowała jego skórę na plecach w okolicach łopatki.
- Zawsze możesz się położyć na
wycieraczce – stwierdziła i po chwili dodała – Na naszej wycieraczce.
- Ja mówiłem serio.
- Wiesz co myślę?
Wzruszył
ramionami na znak że nie wie a ona zaraz kontynuowała:
– Ten trzeci półdupek cię inspiruje.
Dodaje ci romantyczności. Pcha do miłośnych wyznań i.....
- I? – uniósł brwi. Ona poczuła, że
napinają się wszystkie jego mięśnie na plecach jakby szykował się do szybkiego
zrywu i porwania jej w ramiona. Wyczuła to i z figlarnym uśmiechem dodała twardo:
-Miłosnych uniesień.
Andrzej na to czekał. Zerwał się i
porywając ją w ramiona, zakleszczył ją i bezpiecznie ulokował na poduszkach.
Sypialnie wypełniły na przemian męskie i
kobiecie radosne śmiechy.
- Lekarz mówił, że nie możesz się
przemęczać.
- Nie jesteś ciężka. – zripostował –
Raczej powiedziałbym, że słodkie z ciebie brzemię.
- Ja nie o tym. Mówię o pewnej czynności,
która w twoim porywie namiętności może się dla półdupka...
- Pieprzyć lekarzy, zawsze popełniają
błędy!
I sypialnie znów wypełniły radosne śmiechy, które po kilku minutach zmieniły się w jęki rozkoszy.
Były to ostatnie radosne śmiechu,
pozbawione łez i nie zakrapiane goryczą w tej sypialni. Należy stwierdzić rzecz
całkiem oczywistą – gdy człowiek jest zbyt szczęśliwy; gdy świadomość bliskości
ukochanej osoby napełnia go pokarmem dla duszy; gdy zaspokajając najważniejszą
potrzebę człowieka czuje spokój – zawsze jego mur, którym się zamurował od
świata w pewnych miejscach zaczyna się sypać. W tym przypadku walił się on cały.
v
Mięśnie przepony jak każde inne w miarę
swojej pracy kurczą się i rozkurczają. I tak jak w przypadku długiego spaceru człowieka
bolą nogi, tak w przypadku długiego śmiechu ciężko się oddycha. O ile w
pierwszym przypadku można usiąść i dać odpocząć nogom o tyle w drugim przypadku
można się po prostu udusić.
Wiktoria złapała się za przeponę. Czuła że nie może oddychać. Bartek siedzący
koło. na podłodze śmiał się do rozpuku, łapał się za przeponę utwierdzając Wiktorię
w tym, że jeśli się uduszą – to razem.
Dlatego też uspokoiła się nieco.
Uspokoiła strach przed tym co nieuniknione i zaczęła się dusić spokojnie.
Bartek jedną ręką złapał się za mostek a
drugą uchwycił Wiktorii smukłą dłoń. Kojąco. Uspokajająco.
Zmieniła ton śmiechu na grubszy i
bardziej wpasowujący się w śmiech Bartka. I to wywołało kolejną salwę śmiechu.
Mało im teraz było potrzeba. Siedzieli na podłodze w salonie oparci o dużą sofę.
Na ladzie przed nimi stały dwie filiżanki na pół wypitej americano. Ich iPhony
były wyciszone tak by nikt i nic im nie przeszkadzało.
- Więc...- wysapała Wiktoria – Wróćmy do
tego twojego parzenia kawy. Studiowałeś na Cambridge..
- W oksfordzie – poprawił ją – Jestem
gentlemanem z Oksfordu.
- I byłeś baristą.
Bartek uśmiechnął się:
- I baristą z Oksfordu.
Pokręciła rozbawiona głową i kolejny
haust aromatycznego, pozostawiającego nutkę goryczy na wierzchniej stronie
języka, płynu rozkoszował podniebienie.
Bartek ponownie się uśmiechnął i zaczął
mówić:
- Widzę, że cię to dziwi. No cóż, tak,
chciałem zrobić na złość rodzicom i pokazać, że potrafię w miarę się
utrzymywać. Ale wiesz jak jest z tą złością. Przychodzi czas, że nas rozsadza.
Jak to mówią za dumą śpiesznie idzie upadek.
Wiktoria wybałuszyła oczy:
- Chciałeś zrobić im na złość? O to
chodziło?
Kolejna salwa śmiechu. Dopiero gdy
zapadła wilgotna od ich roześmianych oddechów cisza, Bartek począł wyjaśniać:
- Chciałem...chciałem wydębić pieniądze,
a najlepszym sposobem na to jest pokazanie moim rodzicom, że tak naprawdę ich
nie potrzebuje. A oni wtedy zrobią wszystko by udowodnić mi że się mylę.
- I udało się?
Pokiwał głową:
- Tak ale zdałem sobie sprawę z jednej
rzeczy. Że w tym układzie oni mnie potrzebują równie mocno co ja ich. Tak
działa rodzina.
- Ale pieniądze otrzymałeś – wypaliła – I
do tego nauczyłeś się parzyć doskonałą kawę – upiła kolejny łyk – Nie można
zaprzeczyć, że w dwulicowy i wredny sposób. Na co przynajmniej wydałeś te pieniądze?
Zaprzeczył głową na znak, że nie chce
wiedzieć. Ona jednak piorunowała go wzrokiem, tak, że w końcu musiał się ugiąć.
Śmiech. Przepona. Ból.
- Na samochód. Śliczne bmw z szyberdachem...
Skrzywiła się.
- W
Polsce szyberdach raczej na nic się nie zda. Chyba, że życzysz sobie
zapalenia opon mózgowych.
Bartek wyszczerzył się:
- Będę miał to na uwadze, dziękuję.
Wiktoria wyjęła iPhona ze swojej
kieszeni. Aż tak bardzo nie można odciąć się od rzeczywistości. Nawet chwilka
całkowitej ucieczki jest ważna tylko w momencie powrotu do rzeczywistości. Wtedy możemy ocenić ważność chwili, tęsknimy jednak co jest nieuniknione, a
jeśli się tęskni to czuje.Się czuje. Jeśli czuje potrafi docenić. Się.
Tylko w zestawieniu z normom to co
wyjątkowe za wyjątkowe może uchodzić.
Wiktoria tak dobrze czuła się w
towarzystwie Bartka, że prawie zapomniała, że jest nieszczęśliwa. Dopiero godzina sprowadziła ją na ziemię.
Bartek spojrzał pytająco.
- Muszę lecieć do roboty. Dyżur nocny.
Pokiwał głową wspominając mimochodem o
powtórce z rozrywki i mlecznej, puszystej latte.
v
Gdy Andrzej wszedł wieczorem do łazienki
nie spodziewał się, że zobaczy to co zobaczy. Wprawdzie wiedziony jakimś
dziwnym impulsem rozkochanego człowieka udał się do łazienki by umyć zęby, co
było tylko wymówką, chciał się bowiem oderwać od gabinetu i mimo iż Anna nie
była taką sentymentalną osobą, spędzić wieczór przed telewizorem z zakleszczoną
kobietą w jego ramionach. Toteż kroki swoje skierował do łazienki, po cichu
licząc, że spędzi z Anną bardzo miły wieczór na nie oglądaniu telewizji. Musi
tylko umyć zęby bo gdy ząbki czyste to wszystko jakby przejrzyste.
Zatrzymał się w progu.
Anna leżała na podłodze przy umywalce.
Musiała się walnąć w głowę bo wokół jasnych kosmyków włosów zebrała się kałuża
krwi. Włosy pozlepiane w strąki pływały w morzu czerwieni jak żeglarze w czasie
regat na Pacyfiku.
Była nieprzytomna.
Kucnął koło niej a nie wyczuwając pulsu zaczął
reanimować. W takich to momentach, lekarz potrafi jasno i klarownie ocenić całą
sytuację. W takich to monetach człowiek, który jest lekarzem, lekarzem, który
kocha tą leżąca w kałuży własnej krwi ukochaną kobietę ; w takich momentach
lekarz przestaje być lekarzem. Nie sprawdza się. Strach przed krzywdą wyrządzoną
kochanej osobie wyłącza całkowicie myślenie. Taki człowiek pozostaje jedynie
człowiekiem. W wielu momentach bycie człowiekiem nie wystarcza.
Andrzejowi trzęsły się ręce gdy dzwonił
na pogotowie. Trzęsły się jeszcze bardziej gdy usilnie starał się Anne
reanimować, od własnych łez mocząc jej piękną twarz.
Gdy karetka przyjechała, gdy dojechali
jakby w sekundę później : sam już nie wiedział jakim jest człowiekiem. Gdy zobaczył przerażoną twarz Wiktorii na izbie
przyjęć - z trudnością sobie przypomniał. Był Andrzejem Falkowiczem. Tym
Andrzejem, któremu w tym momencie coś zabierano. A on był zawsze bardzo
przywiązany do swojej własności. Przypomniał sobie nagle, że potrafi
chodzić. I mówić.
- Wiki – wychrypiał – Błagam zrób coś –
załkał – Ona nie oddycha.
Nie minęła minuta gdy znaleźli się na OIOMIE.
Wiktoria spojrzała na bezwładną i bladą
postać Anny; na pozlepiane od krwi strąki i na niemal papierowego teraz koloru
dłonie; jej wzrok dłużej zatrzymał się na krwawiącej ranie, którą zaopatrywała
pielęgniarka. Wtedy jej wzrok przeniósł się na Andrzeja.
- Wiesz że nam nie wolno – szepnęła –
Podpisała papiery i ...
- Pieprzyć papiery ! – krzyknął – W dupie
mam papiery rozumiesz !? Podłącz ją natychmiast!
Andrzej dławił się we własnych szlochach
i opierał o łóżko jakby stanie na własnych nogach było ponad jego siły.
Mamrotał coś do siebie i do Anny, ciężko było stwierdzić do kogo konkretnie.
- Błagam cię Wiki – łkał – Błagam.
Ich spojrzenia się spotkały. Zdawać by
sie mogło, że tyle cierpienia i bólu nawet Wiktoria nie była w stanie
ścierpieć. A był to dopiero początek.
Westchnęła. I jej oczy nagle zrobiły się
wilgotne. Nie mogła dłużej wytrzymać widoku cierpienia mężczyzny, którego
kochała. Przypomniała sobie przyrzeczenie jakie złożyła tej kobiecie. Nawet jeśli
opacznie rozumiane na pewno obracało się wokół cierpień Andrzeja.
- Pieprzyć to.
Kiwnęła głową na pielęgniarkę. Ta
najwyraźniej zrozumiała. Zniknęła na chwilę by zaraz wrócić z gotowym sprzętem.
Anna została podłączona do respiratora.
Wiktoria zdjęła rękawiczki i nieśmiało
popatrzyła na Andrzeja. Wziął on sobie krzesło i podsunął przy łóżku. Gładził
jej pozlepiane włosy, całował papierowe dłonie, szeptał coś do ucha – przy tym
wszystkim po twarzy jego skapywały słone łzy rozpaczy. W oczach wszelako mimo
bólu tliła się nadzieja człowieka któremu pozostała już tylko nadzieja. I
Wiktoria miała zabić własną tą nadzieję. Podeszła do niego.
- Ona się obudzi – wychrypiał – Znam ją.
To nie w jej stylu tak odchodzić.
Wiktoria przełknęła ślinę i powiedziała
twardo:
- Andrzej, ona się nie obudzi, wiesz to
równie dobrze co ja. Zajęło płuca. Nie wytrzymały i w wyniku
niedotlenienia....zresztą wiesz to doskonale.
Andrzej otarł łzy.
- Ona się obudzi – wyrzekł twardo –
Zobaczysz.
Ciężko było zabić Wiktorii taką nadzieję.
Zresztą wcale nie chciała jej zabijać. To była konieczność. Konieczność wyższa.
Położyła mu rękę na ramieniu i spojrzała
pytająco czy dotyk w tym wypadku jest wskazany. Nic nie powiedział.
- Teraz – rzekła cicho – Musisz się
pożegnać i wybrać właściwy moment by odłączyć respirator. Przestać męczyć
siebie.
Andrzej schował twarz w dłonie i zaczął
głośno płakać. Po chwili otarł łzy i poważnie wpatrzył się w Anne jakby tym
wzrokiem prosił ją by skończyła żartować bo to naprawdę nie jest śmieszne.
To nie było śmieszne. W istocie. Wiktoria
subtelnie wycofała się z pokoju. Zatrzymała się na progu:
- Ona nie żyje Andrzej – i zaczęła
nienawidzić się za te słowa – Zadzwonię do Adama.
A to był dopiero początek dyżuru.
Nienawidziła takiej prawdy.
v
Adam zjawił się w szpitalu najszybciej jak tylko mógł. Jego wejście w
dresach nie wywoływało jakiegoś zbytniego zdziwienia bowiem plotki rozchodzą
się szybciej niż światło. Uprzedziły dresy.
Wiktorie spotkał na korytarzu.
Zatrzymała się gdy go zauważyła i stojąc
na środku korytarza spoglądali na siebie. Ona poważna. On z nadzieją w
zeszklonych łzami oczach. W końcu podeszła do niego.
- Musisz mu wytłumaczyć....
Chciał coś powiedzieć jednak słowa ugrzęzły
mu w gardle.
Wiktoria kontynuowała:
- Podłączyłam ją do respiratora –
powiedziała cicho. Oczy Adama rozszerzyły się na tę wiadomość, przyjaciółka
jednak pośpieszyła z wyjaśnieniami:
- Nie był gotowy jeszcze się pożegnać. To
się stało tak szybko. Doszło do płuc. Nastąpiło niedotlenienie i na skutek tego
śmierć mózgowa. Teraz Twoje zadanie.
- To znaczy?
- Musisz mu wytłumaczyć, że ona nie żyje.
Mnie nie słucha, święcie chce wierzyć, że ona się obudzi.
Adam pokiwał głową i wziął głęboki oddech:
- Gdzie on jest?
- W swoim gabinecie.
Ujął jej rękę i mocno ścisnął po czym
odszedł korytarzem.
Andrzej siedział na podłodze, oparty o
kanapę z bezsilnym wyrazem niemocy na twarzy. Niemoc jest wyłącznie bezsilna,
przychodzi i nie można z nią nic zrobić. Dopada każdego człowieka w chwilach
gdy mogłoby się wydawać człowiek jest tak silny, iż przysłowiowo
"przeniesienie góry" to mały wysiłek. Dopada tylko w takich
momentach.
- Andrzej – szepnął Adam i usiadł na podłodze
obok brata – Andrzej to...
- Trzeba ją teraz odłączyć – wyrzekł
twardo – Nie można z tym czekać. Ona by sobie tego nie życzyła.
Adam pokiwał głową i mocno uścisnął go za
ramię:
- To dobra decyzja.
W oczach Andrzeja znów zebrały się łzy
rozpaczy :
- Gdybym wiedział powiedziałbym coś
mądrzejszego, gdybym wiedział, że to ten ostatni raz – zachrypiał i spojrzał
szeroko otwartymi oczyma na brata – Adam, ona już nigdy nic do mnie nie powie.
Rozumiesz?
Świadomość ta napawała Andrzeja
przerażeniem tak wielkim, że perspektywa kataklizmu żywiołowego byłaby tu
zbawienna.
Adam rozumiał i dlatego nic nie mówił.
Andrzej otarł łzy i wziął jeden głęboki
oddech.
v
Gdy stał przed oszkloną szybą OIOMU i gdy
był już przy niej; gdy gładził ten ostatni raz jej pozlepiane w strąki włosy ;
i gdy gładzenie jej policzków czy
całowanie papierowych rączek nie przynosiło żadnej ulgi – wtedy nic nie
rozumiał. I długo jeszcze nic nie rozumiał.
Magnes wykazuje silne powinowactwo do
lodówki i nawet gdy trzyma się go w pewnej odległości ciągnie go tam gdzie jego
przeznaczenie chyba, że jest osoba trzecia, która podtrzymuje ten magnes; tak i Andrzej nie miał siły ani chęci by od niej
odchodzić mimo iż to nie przynosiło ulgi a tylko przedłużało cierpienia. Adam jednak
był na miejscu i ścisnął go mocno za ramię.
- Już czas, Andrzej – wychrypiał - Pożegnałeś się. Trzeba to zrobić. Trzeba ją
odłączyć.
Andrzej nie reagował. Gładził tylko te
ukochane policzki i w pewnym momencie jakby jego duszę napastowały
widma wspomnień – uśmiechnął się gorzko. Wstał i pocałował ją, ten ostatni raz
smakując te tak znane i ukochane wargi.
Adam kiwnął głową w kierunku Wiktorii.
Ona, starając się nie patrzeć na Andrzeja
– odłączyła respirator.
Po piętnastu minutach Anna Schultz
zmarła.
Ola
Subskrybuj:
Posty (Atom)