piątek, 8 maja 2015

Nowy blog

Hej `kochanii:-*
Wprawdzie nie było wcześniej czasu by Was zapytać ale pomysł chodził po głowie od kilku miesięcy - mianowicie mam pomysł by założyć kolejnego bloga ( może za miesiąc, dwa) w związku z tym, że to opowiadanie do wakacjii pewnie dobije końca a ja nie wyobrażam sobie już swego wolnego czasu bez pisania ( po prostu sprawia mi to przyjemność) Zapaliłam się na ten projekt. I dlatego moje pytanie - Czy ktoś byłby zainteresowany czytaniem tego....tej....chyba coś jak powieści psychologicznej z elementami kryminału publikowanej rozdziałami ale jako tako spójnej. Mam jako taki fajny pomysł lecz pytam się Was, czy czytalibyście to, bo pisanie tak samo a nie dla kogoś mija się dla mnie z celem. Owszem samo pisanie jest świetne, wielu z Was to pewnie wie....ale jest jeszcze przyjemniejsze kiedy nie jest do szuflady. Nie wiem czy mam już pracować nad wyglądem nowego bloga dlatego piszcie w komentarzach czy jesteście za tym, co uważacie i czy chcielibyście coś takiego przeczytać.
Dodam - to trochę będzie powiązane z naszymi bohaterami z Leśnej Góry, bardzo luźno lecz jednak. Jeśli macie jakieś pomysły to dawajcie! Inspirujcie mnie!
Ola

poniedziałek, 4 maja 2015

XXIX "Morfina"

Zachęcam do komentowania i mam nadzieję, że będzie się wam podobać. Miłego czytania ;-)


Śmierć Anny była tym punktem w życiu Andrzeja, w którym zbiegały się wszelkie jego dążenia i marzenia - i ginęły jakoby utopione przez okrutną rzeczywistość.
Gdy wrócił do domu następnego poranka, z trudem mógł patrzeć na z pozoru normalne obrazy codziennego życia. Lodówka, ta biała lodówka z jakimiś rozpiskami Anny o kolejnych sympozjach czy chociażby notatka na różowej karteczce  z informacją o  wizycie z Louim u weterynarza, wydawała mu się tak potworna i okrutna; że gdy ją zobaczył- rozpłakał się. Na kuchni stały brudne talerze, których nie zdążył wstawić do zmywarki; na jednym z talerzy widać było przyklejony zaschnięty kawałek jajecznicy; kubek po kawie na samym wierzchu wewnętrznej części zawierał brązowy osad po napoju, a kuchenka, ta tak przyjemna kuchenka, na której co jakiś czas Anna nieudolnie starała się coś upichcić, wskazywała godzinę 10 ; wszystkie te drobnostki były wszelako dla Andrzeja zbyt straszne i dla jego psychiki druzgocące by na nie patrzeć - szybko więc odwracał wzrok.
Nawet Loui, a może tym bardziej przemiły i ukochany kot Anny, stał się czymś dla Andrzeja tak szpetnym iż tylko przez litość i świadomość przywiązania jakim Anna darzyła zwierzaka - nie cisnął czymś w niego, nie zrobił krzywdy. Zamiast tego, biorąc porcelanową wazę, która w pierwszej kolejności miała być przeznaczona dla kota, finalnie  Andrzej cisnął nią w  jedną z salonowych ścian. Kaktus z jadalni znalazł się na podłodze w łazience przełamany na pół, a sam Andrzej z 36 igłami w ręce prawej i 13 w lewej, legł na podłodze w łazience oparty o marmurową wannę.
Po jego zmęczonej, zdruzgotanej twarzy ściekały łzy, które ocierał wierzchem dłoni.
Gdzieś słyszał klakson samochodu, gdzieś ktoś zahamował z piskiem opon, jeszcze gdzie indziej karetka pogotowia jechała na sygnale.
Spojrzał na własne ręce, po których już nieśmiałymi strużkami sączyła się czerwonobrunatna krew. Zębami zaczął wyjmować igły z jednej reki by następnie zakrwawiona ręką pozbywać się igieł z drugiej reki. Gdy skończył krew leciała już obficie z jednej jak i drugiej dłoni.
Podszedł do lustra i spojrzał na własne odbicie. Kilkakrotnie mrugnął. Wyjął z małej apteczki mieszczącej się w jednej z szufladek pod umywalką - malutką fiolkę. Wysypał na blat umywalki kilka tabletek; wziął do reki dwie i ważąc ich ciężar w dłoni by zyskać na czasie przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze.
Po chwili zażył.
v   
O 4 po południu automatyczna sekretarka w domu Andrzeja zanotowała 56 wiadomości głosowych.
5 autorstwa Wiktorii, 2 Adama i reszta od ludzi z kondolencjami. Skasował wszystko i ponownie usiadł na podłodze w łazience.
0 5 zadzwonił dzwonek do drzwi, a będąc prawie pewny iż jest to Wiktoria bądź Adam ( nikt inny bowiem nie znał kodu do furtki), wstał i ociągając się jak tylko to możliwie poszedł otworzyć.
Jakież było jego zdziwienie gdy jego oczom w drzwiach ukazała się zmęczona twarzyczka o wydatnych szczekach; o  smutnych oczach płaczących znad grubych lenonków, kościstych bladych rączkach i kruczo - czarnych loków spiętych w słynnego eleganckiego koka; to podobieństwo do Anny było tak przerażające iż w pierwszej chwili Andrzej poczuł się jak człowiek na polu z komórką w czasie burzy- i tylko prosił by ten piorun w końcu go dosięgnął.
- Andrzej - szepnęła Marry i nie mogąc wyrzec więcej zakryła usta dłonią i rozpłakała się.
Przytulił ją mocno.
v   
Marry pozostała u Andrzeja przez 3 tygodnie i jeszcze nigdy jej wizyta nie była mu tak droga.
Nie tylko ciszył się jej bliskością wszakże było mu ona teraz tak niebywale potrzebna ale by wypełnić minimum rozmów z człowiekiem jakie winien był światu - rozmawiał z nią o TYM bowiem wydawało mu się, że nie jest w stanie rozmawiać z nikim innym o Annie aniżeli z Marry - a potrzebował tego ; a ona go rozumiała.  Jak człowiek zraniony głęboko czymś ostrym i tępym - poczynając dużą ranę co jakiś czas polewa ją wodą utlenioną - Marry była jego wodą utlenioną i chociaż nie goiła rany nieznacznie ją dezynfekowała.
Tydzień po śmierci odbył się pogrzeb, na który przyjechali liczni goście pogrzebowi z Zurychu i Stanów Zjednoczonych ; była mała rodzina Anny w liczbie pięciu osób - wuj, ciotka, Marry i dwie siostry cioteczne  (rodzice Anny nie żyli) i duża szpitalna rodzina ze Szwajcarii w liczbie 113 osób.
Z Leśnej Góry zjawił się cały szpital.
2 tygodnie po pogrzebie Marry wyjechała a Andrzej jeszcze nigdy, mimo iż Wiktoria i Adam stale dotrzymywali mu towarzystwa na zmianę, nie  czuł się tak samotny. Wręcz przeciwnie odstręczał mocno od ich towarzystwa znajdując w tym ich poczynaniu coś odrażającego i litościwego; że przy każdej sposobności ranił ich słowem jak tylko mógł.
Oni pozwalali mu na to tłumacząc to jego zachowanie między sobą słowami : Potrzeba czasu. 
I tak mijały kolejne dni przechodząc w tygodnie, te z kolei w miesiące, a Andrzej jakoby obdarty z wszelkich uczuć , złamany na pół tak że nie potrafił skleić się samodzielnie; chodził do pracy, do której wrócił możliwie jak najszybciej i chyba tylko w niej znajdował pewną dozę ukojenia; gdy rano wstawał brał tabletkę morfiny, gdy kładł się wieczorem do łóżka nie mogąc zasnąć brał dwie tabletki. Na zapytanie osób postronnych, które dostrzegając obłęd  w jego oczach i ogromne worki pod oczami, ziemistą cerę jego policzków ;  którzy pytali: Wszystko w porządku profesorze? odpowiadał: W jak najlepszym.
Wiele razy chciał się zabić, jednak już znajdując się z pistoletem bądź sznurem w ręku- wynajdował sobie że  ma niezapłacone rachunki czy też w przyszłym tygodniu przyjdzie hydraulik naprawić kran w zlewie w kuchni-  a on przecież musi być wtedy w domu; zdawał sobie sprawę że po prostu brak mu odwagi. Żył więc dalej.
Wiktorie i Adama ,wszelako  z ogromnym wysiłkiem, trzymał na dystans.
v   
Wiktoria była osobą która, pomimo swojej przekorności i impulsywności w działaniu, na własnym przykładzie przekonywała się, że czas z własnej natury ma właściwości lecznicze. Trzeba tylko zrazu dać mu działać. Jest jak najlepsza morfina z bonusem w postaci dozownika, która  codziennie odmierza ci odpowiednie dawki specyfiku. A ty po pewnym czasie przekonujesz się  nie odczuwając nareszcie bólu, że już jej nie trzeba. Ona wiec wszelako zmniejsza dawki, po pewnym czasie sprawiając, że w Twojej głowie toczy się istna batalia myśli bieżących z wspomnieniami przeszłymi. I wykonujesz taki życiowy rozrachunek stawiając sobie podstawowe pytanie: Co się teraz liczy? Co jest ważne?
A gdy odpowiesz, spokój napływa do Twej duszy i już wiesz co masz czynić.
Wiktoria wiedziała.
Widok Andrzeja, który ze starego Andrzeja pozostawił sobie naprawdę nieliczne cechy, podziałał na nią jak płachta na byka - rozjątrzył lecz zarazem zmusił do, tutaj nasilonego i pozytywnego, działania. Porzuciła wszelkie myśli i wytłumaczenia jego okropnych i bezdusznym zachowań; wyparła się świadomości uczucia jakim Andrzej darzył Anne; pozostawiła za sobą wszelkie wydarzenia i wybory które ich dzieliły - teraz liczył się tylko Andrzej. Kochała go, a widok cienia jaki pozostał z ukochanego człowieka napawał ją potwornym smutkiem, żalem i lękiem. To niezależne od niej uczucie kierowało nią i motywowało do nieustannego działania; gdy obserwowała jego chmurne, posępne spojrzenie bez jakichkolwiek ambicji, jego obojętność i szorstkość w obyciu z właściwie każdym człowiekiem, brak chęci do jakiejkolwiek towarzyskiej aktywności  (wyjścia do kawiarni czy chociażby pójścia na siłownie) , przeciwnie aniżeli on pragnął  -nie zniechęcało ją.
Była przy nim dalej. Zgodnie z obietnicą. Zgodnie ze sobą.
Trzy miesiące po śmierci Anny stwierdzając , że owe :  potrzeba czasu zdecydowanie sie wypaliło a sam czas is over , postanowiła już któryś z kolei raz porozmawiać z Adamem.
Złapała go na korytarzu i siłą zmusiła do  wejścia do szpitalnego kantorka.
To jej przypomniało inną, teraz tak odległą , jakby przysłoniętą gęstą i ciężką mgłą, scenę z jej życia.
- Musimy porozmawiać - zaczęła twardo - Tak już nie można....
- Ahh Wiki...- odrzekł zrezygnowany - Gdybym ja wiedział jak mu pomóc.
 Od razu zorientował się o czym będzie  prowadzona przez nich rozmowa.
Popatrzył na nią łagodnie.
- Mówiłeś, że potrzeba czasu, minęły już 3 miesiące a on jest nie do życia, jest cieniem dawnego człowieka! - w oczach Wiktorii zaczęły zbierać się łzy -  Powtarzałeś, że trzeba dać mu trochę swobody, jednocześnie pilnować tak byśmy mieli go na oku lecz aby czasem nie odczuł ,że krepujemy mu ruchów.
Otarła łzy rękawem błękitnego mankieciku.
Kontynuowała:
- Z tego nic nie wynika! Jest coraz gorzej! -odrzekła  po czym zapytała - Kiedy ostatnio u niego byłeś?
- Przedwczoraj- łypnął na nią spode łba - Nie muszę dodać, iż nie był  on ze mną zbyt rozmowny. Pogapiliśmy sie na siebie z pół godziny. Zapytał się mnie tylko kiedy jest planowany poród po czym grzecznie oznajmił mi, że idzie się wykąpać. Co znaczyło u niego kulturalnie - facet spadaj.
Wiktoria pokiwała głową. Życie mimo iż na wiele z nich zesłało cierpienia i wątpliwości, dalej toczyło się dawnym rytmem. Adam mimo iż w pewnych momentach cierpiał to w reszcie momentów się radował. I ta mieszanka cierpienia i radości nie dawała mu zmrużyć oczu. Nie wiedział, której z nich winien się podporządkować. Narodzinom swojego pierwszego dziecka czy powolnemu rozpadowi jego ukochanego brata. Za dużo uczuć w życiu to też niedobrze.
- Nie zrobiliśmy tego co powinniśmy - zaczęła z wyrzutem - Powinniśmy...
- Uwierz mi Wiki - przerwał jej - Zrobiliśmy wszystko co możliwe. Gdybym wiedział jak mu pomóc, zrobiłbym wszystko. Myślisz że mnie to nie boli? Że nie jest mi ciężko? Za miesiąc zostanę ojcem! Powinienem się w pełni cieszyć a on wraz ze mną! - rozłożył ręce w geście, który oznaczał że nie mają już nic, wszelkie wysiłki i pokłady pomysłów zostały już wyczerpane - To mój brat. Kocham go bardzo i poczyniłbym wszystko by mu się polepszyło.
Wzruszył zrezygnowany ramionami.
- Tylko, że ja patrzę na niego i dostrzegam tylko jedno...
Wiktoria smutno spojrzała na Adama a on teraz , jak z otwartej księgi, mógł wyczytać z jej twarzy tak wyraźną i krzyczącą bezsilność oraz prośbę o pomoc, iż poczuł, że nagle coś uporczywie swędzi go w klatce piersiowej.
- Brak chęci do życia - dokończył smutno -  Brak jakiegokolwiek przejawu chęci dalszego życia. Jemu po prostu przestało zależeć. - i wzruszył przygnębiony ramionami.
Wiktoria wyjęła z kieszeni swojego błękitnego mankietu malutką fiolkę i podała Adamowi.
Spojrzał zdziwiony.
- Co to jest?
- Morfina.
I rozpłakała się.
v   
Od razu po rozmowie z Wiktorią, Adam postanowił powziąć nowe, bardziej radykalne kroki, które jak jeszcze nie wiedział, summa summarum doprowadziły do felernych skutków. Odczuwał chęć, podobnie jak dentysta, który nie wiedząc który ząb pacjenta jest zepsuty, a widząc jego potworny ból - wszelako wyrywać wszystkie; tak i on pałał by kompleksowo pozbawić Andrzeja wszystkich zębów.
I z tym nastrojem, po dyżurze udał się do jego domu.
Padły nieładne słowa: debil, imbecyl, cymbał i nie wiedzieć czemu  niedojda życiowa, po których Andrzej łypnął na brata spode łba, wzruszył ramionami i odparł tylko:
- Może i tak.
Adam z furią wyszedł trzaskając drzwiami, a sam Andrzej pozostawiony sam sobie, poszedł do swojego gabinetu i z malutkiej szuflady przy swoim biurku wyjął pistolet.
Debatował nad czymś ważnym kilka sekund, które jemu wszakże zdawały się być długimi godzinami; by po chwili już podejmując decyzje zacisnąć mocnej dłoń na rękojeści pistoletu.
Czuł nagłą suchość w gardle; na głębokiej zmarszczce na czole zaczęły zatrzymywać się drobniutkie kropelki potu a wejrzenie jego nagle przybrało jakiegoś dziwnego wyrazu obłędu człowieka uciekającego- zmęczonego pościgiem  lecz jednocześnie nie mogącego się zatrzymać; myśląc jednak, że wszelkie rachunki ma zapłacone a hydraulik jakoby zaszczycił go wizytą wczoraj, drżącymi rękoma przyłożył lufę do serca.
I zaraz znów począł odczuwać to przeraźliwe rozdwojenie duszy, ból tak wielki jakby serce rwano mu na części. I znowu wraz wszystko sobie przypominał: jej kochające piękne wejrzenie zeszklonych błękitnych oczu, zapach włosów i skóry i cienką linie elektrokardiografu, która nie wiedzieć czemu nagle zrobiła się tak płaska; czuł niemal fizycznie jej dotyk i obecność, jej ciepły oddech, blade rączki o kruchych paluszkach całych w delikatne pierścioneczki; a wiedząc, że już traci wszelkie zmysły - pokręcił gwałtownie głową jakby chciał uciec gdzieś w najskrytsze, jeszcze czyste, zakamarki umysłu.
Po chwili nacisnął spust.
v   
Adam nie zdążył jeszcze wejść do samochodu , gdy usłyszał strzał. Strzał, który przeniknął jego całego, mrożąc go do szpiku kości.
- Boże jedyny - szepnął - Andrzej ! - począł krzyczeć i powtarzać co raz.
Furtka była zatrzaśnięta. Przeskoczył przez ogrodzenie i pognał do domu. Ogrodzenie było wysokie więc zanim wspiął się, życie skradło mu sporo teraz tak potrzebnego czasu.
W dużych przeskokach dopadł drzwi, które na szczęście były otwarte- Andrzej najwidoczniej w porywie własnego szaleństwa , zapomniał ich zamknąć.
Wpadł do domu, krzycząc:
- Andrzej! Andrzej! Gdzie ty jesteś?
Z gabinetu doszedł do jego uszu cichutki, ledwo dosłyszalny jęk:
- Tutaj.
Andrzej leżał na podłodze w gabinecie. skulony tak by móc dosięgnąć rękami swoje prawe udo i trzymając się za nie stękał z bólu. Wszelako w  tym stęku i jęku, później Adam dopatrzył się nie tyle bólu co szaleństwa. Rana postrzałowa z której teraz obficie skapywała na podłogę czerwonobrunatna gęsta krew, znajdowała się na wewnętrznej stronie uda, niebezpiecznie blisko pachwiny.
Gdy Andrzej zauważył brata nieznacznie podniósł głowę by móc widzieć jego postać w progu:
- Strzeliłem nieumyślnie - jęknął-  Naprawdę nieumyślnie.
- KURWA, TO NIE STRZELAJ WIĘCEJ NIEUMYŚLNIE - krzyknął  - Dobrze, już dobrze , wszystko będzie dobrze- powtarzał zdenerwowany.
Dopadł do niego i pośpiesznie zdjął swoją granatową bluzę zaciskając nią wokół uda tak by zahamować krwawienie.
- CO CI STRZELIŁO DO GŁOWY ?- zapytał krzycząc.
 Właściwie  nie oczekiwał odpowiedzi.
- Strzeliłem nieumyślnie, nieumyślnie strzeliłem - powtarzał co raz - Cóż za wstyd! Cóż za hańba! Upokorzenie! Nawet zabić się nie potrafię. Tak raz a porządnie! Ot co!
- Przestań! Zamknij się do cholery ! - warknął Adam .
Pośpiesznie wyjął  telefon komórkowy
- Zaczynasz majaczyć -westchnął - Pieprzony egoista
Wybrał numer szpitala.
- Co ty robisz ? - jęknął Andrzej i nagle, jego dotąd bystre spojrzenie zaszło mgłą, a wyraz twarzy ze zdenerwowanego grymasu bólu przeszło w jakiś bardziej odległy stan szczęśliwej obojętności.
- Andrzej! Kurwa Andrzej, zostań ze mną ! Zostań ze mną do cholery.
Klepnął go kilka razy po policzkach. Dosyć dobitnie. Musiał zrozumieć.
- Zostań ze mną!
Andrzej wytrzeszczył oczy tak, że pomijając szare tęczówki gałki przypominały teraz dwa, bardzo dobrze wypolerowane białe spodki do zastawy od herbaty.
- Jak sobie życzysz....Nie bądź zły, moralisto.
I Andrzej uśmiechnął się szeroko. 
Widząc ten wyraźny objaw szaleństwa czy raczej przykład klasycznej beznadziejności, Adam  wybałuszył oczy i warknął :
- Ty masz nie po kolei w głowie . Zostań ze mną!
Zadzwonił po karetkę co raz powtarzając zabieg klepania po policzkach. Co uderzenie zwiększał jego siłę.
- Strzeliłem nieumyślnie, nieumyślnie strzeliłem - majaczył - Cóż za wstyd....Wiktoria....Strzeliłem nieumyślnie....Wiktoria...Nie może się dowiedz...Strzeliłem nieumyślnie - powtarzał.
Zaczął zatracać się we własnej podświadomości.
Adam ujął jego twarz w swoje dłonie dopiero teraz czując napływającą do jego żołądka lodowatą gulę przerażenia. 
Na aksamitnie utkanym lnianym dywanie wokół Andrzeja zaczęła się zbierać duża kałuża krwi :
- Już dobrze, wszystko będzie dobrze - załkał przerażony Adam- Nikt się nie dowie. Już nic nie mów.
Ucisnął mocniej jego udo swoją bluzą.
On wszelako majaczył:
- Wiktoria...Nie mów jej...Strzeliłem nieumyślnie... Wiktoria- i stracił przytomność.
Po dziesięciu minutach przyjechała karetka pogotowia.


Ola

sobota, 25 kwietnia 2015

XXVIII " Gdybym tylko wiedział"

Mam nadzieję, że ta część Wam się spodoba. Zachęcam do komentowania bo jak to mawiają na blogach (podobno xD) to inspiruje. Coś w tym jest. Trzymajcie się i miłej lektury ;-)


Poranne słońce wkradało się do sypialni przez delikatne muślinowe zasłony; gruba tkanina bawełnianych kotar nie przeszkadzała bowiem wisiała odsłonięta, ściśnięta między materiałem ciężkiego pasa. Mimo iż część domowników już nie spała, spora część bo jedna druga, promienie i tak głaskały pozostawione przez nią, delikatne, podobne do kształtu kremowego puddingu w szklanym pucharku, miejsce na poduszce. Wygniecioną pościel. I nagą postać swego Pana. Jego ciche westchnienia dezaprobaty z powodu braku jednej osoby obok siebie. Westchnienia dezaprobaty do którego niedługo będzie musiał się przyzwyczaić. On i jego poranne promienie.
- Anna – krzyknął i wtopił głowę w kremową poduszkę. – Anna! Wszystko w porządku!?
Anna stanęła w progu:
- A jakby było nie tak, to myślisz, że bym Ci odpowiedziała?
Zaśmiała się widząc leżącego na brzuchu, gołego – jedynego na świecie człowieka z trzema półdupkami.
Andrzej obrócił głowę tak by móc ją widzieć i wyszczerzył się:
- Myślę, że jesteś na to za mądra.
Wzruszyła ramionami:
- Na co? – zapytała – Na skargę z powodu cierpień czy na same cierpienia?
- Na cierpienia nie masz wpływu – wyrzekł – Sądzę więc, że na skargę bo ona jest rzeczą podlegającym ludzkim wpływom.
Anna usiadła przy nogach Andrzeja i mimo jego usilnych próśb – pogładziła trzeci półdupek po raz setny mówiąc, że jej przykro. Należy stwierdzić rzecz oczywistą- gdy człowiek mówi, że mu przykro, nawet taki jak Anna, rozbawionym głosem – to tak na prawdę nie jest mu przykro. Złota zasada dwudziestego pierwszego wieku.
Anna zasugerowała rozbawiona, że posmaruje mu tenże środkowy półdupek na co Andrzej nie mógł zaprotestować.
Gdy smarowała obrócił głowę w jej kierunku i spojrzał oczyma przepełnionymi uczuciem i rzekł:
- Lepiej mi by było rok na Twojej wycieraczce niż dwadzieścia lat samotnie w swoim łóżku.
Anna zaśmiała się i nachyliwszy się ucałowała jego skórę na plecach w okolicach łopatki.
- Zawsze możesz się położyć na wycieraczce – stwierdziła i po chwili dodała – Na naszej wycieraczce.
- Ja mówiłem serio.
- Wiesz co myślę?
 Wzruszył ramionami na znak że nie wie a ona zaraz kontynuowała:
– Ten trzeci półdupek cię inspiruje. Dodaje ci romantyczności. Pcha do miłośnych wyznań i.....
- I? – uniósł brwi. Ona poczuła, że napinają się wszystkie jego mięśnie na plecach jakby szykował się do szybkiego zrywu i porwania jej w ramiona. Wyczuła to i z figlarnym uśmiechem dodała  twardo:
-Miłosnych uniesień.
Andrzej na to czekał. Zerwał się i porywając ją w ramiona, zakleszczył ją i  bezpiecznie ulokował na poduszkach.
Sypialnie wypełniły na przemian męskie i kobiecie radosne śmiechy.
- Lekarz mówił, że nie możesz się przemęczać.
- Nie jesteś ciężka. – zripostował – Raczej powiedziałbym, że słodkie z ciebie brzemię.
- Ja nie o tym. Mówię o pewnej czynności, która w twoim porywie namiętności może się dla półdupka...
- Pieprzyć lekarzy, zawsze popełniają błędy!
I sypialnie znów wypełniły radosne śmiechy, które po kilku minutach zmieniły się w jęki rozkoszy.
Były to ostatnie radosne śmiechu, pozbawione łez i nie zakrapiane goryczą w tej sypialni. Należy stwierdzić rzecz całkiem oczywistą – gdy człowiek jest zbyt szczęśliwy; gdy świadomość bliskości ukochanej osoby napełnia go pokarmem dla duszy; gdy zaspokajając najważniejszą potrzebę człowieka czuje spokój – zawsze jego mur, którym się zamurował od świata w pewnych miejscach zaczyna się sypać. W tym przypadku  walił się on cały.
v   
Mięśnie przepony jak każde inne w miarę swojej pracy kurczą się i rozkurczają. I tak jak w przypadku długiego spaceru człowieka bolą nogi, tak w przypadku długiego śmiechu ciężko się oddycha. O ile w pierwszym przypadku można usiąść i dać odpocząć nogom o tyle w drugim przypadku można się po prostu udusić.  
Wiktoria złapała się za przeponę.  Czuła że nie może oddychać. Bartek siedzący koło. na podłodze śmiał się do rozpuku, łapał się za przeponę utwierdzając Wiktorię w tym, że jeśli się uduszą – to razem.
Dlatego też uspokoiła się nieco. Uspokoiła strach przed tym co nieuniknione i zaczęła się dusić spokojnie.
Bartek jedną ręką złapał się za mostek a drugą uchwycił Wiktorii smukłą dłoń. Kojąco. Uspokajająco.
Zmieniła ton śmiechu na grubszy i bardziej wpasowujący się w śmiech Bartka. I to wywołało kolejną salwę śmiechu. Mało im teraz było potrzeba. Siedzieli na podłodze w salonie oparci o dużą sofę. Na ladzie przed nimi stały dwie filiżanki na pół wypitej americano. Ich iPhony były wyciszone  tak by nikt i nic im  nie przeszkadzało.
- Więc...- wysapała Wiktoria – Wróćmy do tego twojego parzenia kawy. Studiowałeś na Cambridge..
- W oksfordzie – poprawił ją – Jestem gentlemanem z Oksfordu.
- I byłeś baristą.
Bartek uśmiechnął się:
- I baristą z Oksfordu.
Pokręciła rozbawiona głową i kolejny haust aromatycznego, pozostawiającego nutkę goryczy na wierzchniej stronie języka, płynu rozkoszował podniebienie.
Bartek ponownie się uśmiechnął i zaczął mówić:
- Widzę, że cię to dziwi. No cóż, tak, chciałem zrobić na złość rodzicom i pokazać, że potrafię w miarę się utrzymywać. Ale wiesz jak jest z tą złością. Przychodzi czas, że nas rozsadza. Jak to mówią za dumą śpiesznie idzie upadek.
Wiktoria wybałuszyła oczy:
- Chciałeś zrobić im na złość? O to chodziło?
Kolejna salwa śmiechu. Dopiero gdy zapadła wilgotna od ich roześmianych oddechów cisza, Bartek począł wyjaśniać:
- Chciałem...chciałem wydębić pieniądze, a najlepszym sposobem na to jest pokazanie moim rodzicom, że tak naprawdę ich nie potrzebuje. A oni wtedy zrobią wszystko by udowodnić mi że się mylę.
- I udało się?
Pokiwał głową:
- Tak ale zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Że w tym układzie oni mnie potrzebują równie mocno co ja ich. Tak działa rodzina.
- Ale pieniądze otrzymałeś – wypaliła – I do tego nauczyłeś się parzyć doskonałą kawę – upiła kolejny łyk – Nie można zaprzeczyć, że w dwulicowy i wredny sposób. Na co przynajmniej wydałeś te pieniądze?
Zaprzeczył głową na znak, że nie chce wiedzieć. Ona jednak piorunowała go wzrokiem, tak, że w końcu musiał się ugiąć.
Śmiech. Przepona. Ból.
- Na samochód. Śliczne bmw z szyberdachem...
Skrzywiła się.
- W  Polsce szyberdach raczej na nic się nie zda. Chyba, że życzysz sobie zapalenia opon mózgowych.
Bartek wyszczerzył się:
- Będę miał to na uwadze, dziękuję.
Wiktoria wyjęła iPhona ze swojej kieszeni. Aż tak bardzo nie można odciąć się od rzeczywistości. Nawet chwilka całkowitej ucieczki jest ważna tylko w momencie powrotu do rzeczywistości. Wtedy możemy ocenić ważność chwili, tęsknimy jednak co jest nieuniknione, a jeśli się tęskni to czuje.Się czuje. Jeśli czuje potrafi docenić. Się.
Tylko w zestawieniu z normom to co wyjątkowe za wyjątkowe może uchodzić.
Wiktoria tak dobrze czuła się w towarzystwie Bartka, że prawie zapomniała, że jest nieszczęśliwa. Dopiero godzina sprowadziła ją na ziemię.
Bartek spojrzał pytająco.
- Muszę lecieć do roboty. Dyżur nocny.
Pokiwał głową wspominając mimochodem o powtórce z rozrywki i mlecznej, puszystej latte.
v   
Gdy Andrzej wszedł wieczorem do łazienki nie spodziewał się, że zobaczy to co zobaczy. Wprawdzie wiedziony jakimś dziwnym impulsem rozkochanego człowieka udał się do łazienki by umyć zęby, co było tylko wymówką, chciał się bowiem oderwać od gabinetu i mimo iż Anna nie była taką sentymentalną osobą, spędzić wieczór przed telewizorem z zakleszczoną kobietą w jego ramionach. Toteż kroki swoje skierował do łazienki, po cichu licząc, że spędzi z Anną bardzo miły wieczór na nie oglądaniu telewizji. Musi tylko umyć zęby bo gdy ząbki czyste to wszystko jakby przejrzyste.
Zatrzymał się w progu.
Anna leżała na podłodze przy umywalce. Musiała się walnąć w głowę bo wokół jasnych kosmyków włosów zebrała się kałuża krwi. Włosy pozlepiane w strąki pływały w morzu czerwieni jak żeglarze w czasie regat na Pacyfiku.
Była nieprzytomna.
Kucnął koło niej a nie wyczuwając pulsu zaczął reanimować. W takich to momentach, lekarz potrafi jasno i klarownie ocenić całą sytuację. W takich to monetach człowiek, który jest lekarzem, lekarzem, który kocha tą leżąca w kałuży własnej krwi ukochaną kobietę ; w takich momentach lekarz przestaje być lekarzem. Nie sprawdza się. Strach przed krzywdą wyrządzoną kochanej osobie wyłącza całkowicie myślenie. Taki człowiek pozostaje jedynie człowiekiem. W wielu momentach bycie człowiekiem nie wystarcza.
Andrzejowi trzęsły się ręce gdy dzwonił na pogotowie. Trzęsły się jeszcze bardziej gdy usilnie starał się Anne reanimować, od własnych łez mocząc jej piękną twarz.
Gdy karetka przyjechała, gdy dojechali jakby w sekundę później : sam już nie wiedział jakim jest człowiekiem. Gdy  zobaczył przerażoną twarz Wiktorii na izbie przyjęć - z trudnością sobie przypomniał. Był Andrzejem Falkowiczem. Tym Andrzejem, któremu w tym momencie coś zabierano. A on był zawsze bardzo przywiązany do swojej własności. Przypomniał sobie nagle, że potrafi chodzić. I mówić.
- Wiki – wychrypiał – Błagam zrób coś – załkał – Ona nie oddycha.
Nie minęła minuta gdy znaleźli się na OIOMIE.
Wiktoria spojrzała na bezwładną i bladą postać Anny; na pozlepiane od krwi strąki i na niemal papierowego teraz koloru dłonie; jej wzrok dłużej zatrzymał się na krwawiącej ranie, którą zaopatrywała pielęgniarka. Wtedy jej wzrok przeniósł się na Andrzeja.
- Wiesz że nam nie wolno – szepnęła – Podpisała papiery i ...
- Pieprzyć papiery ! – krzyknął – W dupie mam papiery rozumiesz !? Podłącz ją natychmiast!
Andrzej dławił się we własnych szlochach i opierał o łóżko jakby stanie na własnych nogach było ponad jego siły. Mamrotał coś do siebie  i do Anny, ciężko było stwierdzić do kogo konkretnie.
- Błagam cię Wiki – łkał – Błagam.
Ich spojrzenia się spotkały. Zdawać by sie mogło, że tyle cierpienia i bólu nawet Wiktoria nie była w stanie ścierpieć. A był to dopiero początek.
Westchnęła. I jej oczy nagle zrobiły się wilgotne. Nie mogła dłużej wytrzymać widoku cierpienia mężczyzny, którego kochała. Przypomniała sobie przyrzeczenie jakie złożyła tej kobiecie. Nawet jeśli opacznie rozumiane na pewno obracało się wokół cierpień Andrzeja.
- Pieprzyć to.
Kiwnęła głową na pielęgniarkę. Ta najwyraźniej zrozumiała. Zniknęła na chwilę by zaraz wrócić z gotowym sprzętem.  Anna została podłączona do respiratora.
Wiktoria zdjęła rękawiczki i nieśmiało popatrzyła na Andrzeja. Wziął on sobie krzesło i podsunął przy łóżku. Gładził jej pozlepiane włosy, całował papierowe dłonie, szeptał coś do ucha – przy tym wszystkim po twarzy jego skapywały słone łzy rozpaczy. W oczach wszelako mimo bólu tliła się nadzieja człowieka któremu pozostała już tylko nadzieja. I Wiktoria miała zabić własną tą nadzieję. Podeszła do niego.
- Ona się obudzi – wychrypiał – Znam ją. To nie w jej stylu tak odchodzić.
Wiktoria przełknęła ślinę i powiedziała twardo:
- Andrzej, ona się nie obudzi, wiesz to równie dobrze co ja. Zajęło płuca. Nie wytrzymały i w wyniku niedotlenienia....zresztą wiesz to doskonale.
Andrzej otarł łzy.
- Ona się obudzi – wyrzekł twardo – Zobaczysz.
Ciężko było zabić Wiktorii taką nadzieję. Zresztą wcale nie chciała jej zabijać. To była konieczność. Konieczność wyższa.
Położyła mu rękę na ramieniu i spojrzała pytająco czy dotyk w tym wypadku jest wskazany. Nic nie powiedział.
- Teraz – rzekła cicho – Musisz się pożegnać i wybrać właściwy moment by odłączyć respirator. Przestać męczyć siebie.
Andrzej schował twarz w dłonie i zaczął głośno płakać. Po chwili otarł łzy i poważnie wpatrzył się w Anne jakby tym wzrokiem prosił ją by skończyła żartować bo to naprawdę nie jest śmieszne.
To nie było śmieszne. W istocie. Wiktoria subtelnie wycofała się z pokoju. Zatrzymała się na progu:
- Ona nie żyje Andrzej – i zaczęła nienawidzić się za te słowa – Zadzwonię do Adama.
A to był dopiero początek dyżuru. Nienawidziła takiej prawdy.
v   
Adam zjawił się w szpitalu  najszybciej jak tylko mógł. Jego wejście w dresach nie wywoływało jakiegoś zbytniego zdziwienia bowiem plotki rozchodzą się szybciej niż światło. Uprzedziły dresy.
 Wiktorie spotkał na korytarzu.
Zatrzymała się gdy go zauważyła i stojąc na środku korytarza spoglądali na siebie. Ona poważna. On z nadzieją w zeszklonych łzami oczach. W końcu podeszła do niego.
- Musisz mu wytłumaczyć....
Chciał coś powiedzieć jednak słowa ugrzęzły mu w gardle.
Wiktoria kontynuowała:
- Podłączyłam ją do respiratora – powiedziała cicho. Oczy Adama rozszerzyły się na tę wiadomość, przyjaciółka jednak pośpieszyła z wyjaśnieniami:
- Nie był gotowy jeszcze się pożegnać. To się stało tak szybko. Doszło do płuc. Nastąpiło niedotlenienie i na skutek tego śmierć mózgowa. Teraz Twoje zadanie.
- To znaczy?
- Musisz mu wytłumaczyć, że ona nie żyje. Mnie nie słucha, święcie chce wierzyć, że ona się obudzi.
Adam pokiwał głową i wziął głęboki oddech:
- Gdzie on jest?
- W swoim gabinecie.
Ujął jej rękę i mocno ścisnął po czym odszedł korytarzem.
Andrzej siedział na podłodze, oparty o kanapę z bezsilnym wyrazem niemocy na twarzy. Niemoc jest wyłącznie bezsilna, przychodzi i nie można z nią nic zrobić. Dopada każdego człowieka w chwilach gdy mogłoby się wydawać człowiek jest tak silny, iż przysłowiowo "przeniesienie góry" to mały wysiłek. Dopada tylko w takich momentach.
- Andrzej – szepnął Adam i usiadł na podłodze obok brata – Andrzej to...
- Trzeba ją teraz odłączyć – wyrzekł twardo – Nie można z tym czekać. Ona by sobie tego nie życzyła.
Adam pokiwał głową i mocno uścisnął go za ramię:
- To dobra decyzja.
W oczach Andrzeja znów zebrały się łzy rozpaczy :
- Gdybym wiedział powiedziałbym coś mądrzejszego, gdybym wiedział, że to ten ostatni raz – zachrypiał i spojrzał szeroko otwartymi oczyma na brata – Adam, ona już nigdy nic do mnie nie powie. Rozumiesz?
Świadomość ta napawała Andrzeja przerażeniem tak wielkim, że perspektywa kataklizmu żywiołowego byłaby tu zbawienna.
Adam rozumiał i dlatego nic nie mówił.
Andrzej otarł łzy i wziął jeden głęboki oddech.
v   
Gdy stał przed oszkloną szybą OIOMU i gdy był już przy niej; gdy gładził ten ostatni raz jej pozlepiane w strąki włosy ; i gdy  gładzenie jej policzków czy całowanie papierowych rączek nie przynosiło żadnej ulgi – wtedy nic nie rozumiał. I długo jeszcze nic nie rozumiał.
Magnes wykazuje silne powinowactwo do lodówki i nawet gdy trzyma się go w pewnej odległości ciągnie go tam gdzie jego przeznaczenie chyba, że jest osoba trzecia, która podtrzymuje ten magnes; tak  i Andrzej nie miał siły ani chęci by od niej odchodzić mimo iż to nie przynosiło ulgi a tylko przedłużało cierpienia. Adam jednak był na miejscu i ścisnął go mocno za ramię.
- Już czas, Andrzej – wychrypiał -  Pożegnałeś się. Trzeba to zrobić. Trzeba ją odłączyć.
Andrzej nie reagował. Gładził tylko te ukochane policzki i w pewnym momencie jakby jego duszę napastowały widma wspomnień – uśmiechnął się gorzko. Wstał i pocałował ją, ten ostatni raz smakując te tak znane i ukochane wargi.
Adam kiwnął głową w kierunku Wiktorii.
Ona, starając się nie patrzeć na Andrzeja – odłączyła respirator.

Po piętnastu minutach Anna Schultz zmarła.


Ola