piątek, 13 czerwca 2014

X "Varicella"

Znowu coś się przesunęło (próbowałyśmy to poprawiać na róże sposoby, oczywiście bezskutecznie) ale mamy nadzieję, że nie przeszkadza to w czytaniu. Zachęcamy do komentowania i ....miłego czytania :)



Stan irytacji jaki w ten upalny majowy poranek osiągnął Andrzej, zadziwił w istocie jego samego. Nadmierna ekspozycja Słońca nad horyzontem faktycznie zawsze powodowała u niego rozdrażnienie równe temu jakie osiąga mrówkojad bez mrówek czy też bąkojad bez bąków. Jednakże mimo iż stan tejże irytacji osiągnął swój punkt krytyczny, to dalej nieustannie rósł powodując u Andrzeja to powszechne zjawisko czucia się jakoby "szprotka w oleju".
W rzeczy samej dzisiejszy dzień był niezwykle parny i prawie każdy człowiek mógł stwierdzić iż nie ma czym oddychać. Nawet pomimo niezwykle komfortowego położenia szpitala - wśród gęstego poszycia zielonego listowia, słońce i tak docierało niemal do każdego zakątka, a wszelkie termometry uparcie wskazywały 38 stopni Celsjusza.
W ogólnym samopoczuciu Andrzeja oliwy do ognia dolewało wszakże coś więcej. Coś czego on zwyczajnie nie mógł określić ani zlokalizować. Coś co go zwyczajnie podrażniało a dodając do tego okropną pogodę za oknem, stanowiło istne apogeum frustracji i irytacji.
Podszedł do okna by zasłonić zasłony po czym zirytowany podrapał się za lewym uchem:
- Sacrebleu - syknął po francusku dając nieznaczny upust własnym emocjom.
Zaraz to wybrał na swoim telefonie numer Adama by dopełnić ten tak zwany upust emocji ( tu czytaj wyżyć się)
- Adam, do mnie! - powiedział stanowczo.
Z telefonu dobiegł lekki protest który jednak absolutnie nie zraził profesora
- Nie dyskutuj ze mną! tylko raz dwa!
Po upływie kilku minut Krajewski był już w gabinecie, a jego wejście było hucznie zaanonsowane przez trzaskające drzwi:
-  Ja nie jestem twoim psem by......
-  Ja mam kota jakbyś nie pamiętał - przerwał mu
- Mam to gdzieś....Kota czy psa....Jeden pies! Nie możesz sobie ot tak dzwonić do mnie i rozkazywać mi jakbym był.....- tu Krajewski sie zawahał nie wiedząc jak dokończyć to zdanie by miało logiczny sens niepodważalnie broniący jego racji
- Twoim pracownikiem? Twoim podwładnym? Twoim podopiecznym? - Andrzej przyszedł mu z pomocą znów drapiąc się tym razem za prawym uchem - Ależ braciszku, niestety tak jest w istocie. Jestem twoim ordynatorem, starszym o dużo stażem kolegą , krótko mówiąc po prostu Twoim szefem.
- Jesteś także moim bratem a więc chociażby dla tego należy mi się odrobina szacunku, nie uważasz?-wykrzyknął Adam , składając ręce w geście obrażenia.
 Tak, doktor Krajewski był z osób nie kryjących uczuć i summa summarum dzisiaj także jawne pokazywał swoje urażenie i dotknięcie tą sprawą.
Andrzej zniecierpliwiony machnął ręką po czym rzekł:
- Dobrze już dobrze. Przejdźmy do naszego istotnego problemu.
- Najpierw mnie przeproś - uparcie rozkazał ciągle urażony Adam.
- Słucham?
- Słyszałeś przecież. Chcę byś mnie przeprosił. Czuję iż tą zniewagą pogwałciłeś moją godność i zwyczajnie chcę być przeproszony.
- A ja chciałbym pojechać do Norwegii i zaszyć się gdzieś na fiordach z haremem dziewic by w ciszy i spokoju rozkoszować się urokami życia - zakpił profesor - Ale jak doskonale wiesz nie można mieć wszystkiego.
Adam wykrzywił się nieznacznie ciągle uparcie stojąc z założonymi rękami i czekając na oddanie broni przez Andrzeja.
Ten tylko westchnął:
- Dobrze już dobrze. Zachowujesz się jak naładowana progesteronem kobieta ale...- widząc błysk gniewu w oczach Krajewskiego szybko kontynuował - Przepraszam cię, faktycznie forma mojego rozkazu powinna być inna. To się więcej nie powtórzy doktorze Krajewski.Obiecuję.
- A więc możemy przejść do meritum - Brunet rozluźnił się i usiadł na krześle naprzeciwko biurka. - O co chodzi?
-  Nasze badania lekko się skomplikowały, a właściwie termin sprawozdania uległ znacznemu skróceniu.
- Jak to? Przecież termin sprawozdań miał być datowany na pierwszą połowę przyszłego miesiąca - odparł zdziwiony Adam
- Tak miało być ale wczoraj miałem telefon ze Szwajcarii z informacją, że podsumowanie ma być  gotowe za dwa tygodnie inaczej....- nawet nie chciał kończyć tego zdania. Wiedział , że te słowa dla niego byłyby zbyt bolesne - W każdym razie mamy mało czasu, musimy przyspieszyć niektóre procedury. Jeszcze dzisiaj wykonasz telefony do jednej grupy pacjentów umawiając ich na kontrolne badania, a jutro zadzwonisz do tych z drugiej grupy.
- A na kiedy mam ich umówić?
- Na najbliżej pasujący im termin. Jak najszybciej! - syknął poirytowany.
Dla Adama jak i dla każdego bacznie obserwującego człowieka, już powierzchownie widać było dzisiejsze samopoczucie Andrzeja. Kształtowało się ono w głębokiej zmarszczce na czole, gniewnych ognikach w oczach i brwiach ściągniętych do tego stopnia iż więcej się nie dało bowiem dalej już zaczynały się oczy.
- Coś ty dzisiaj taki zezłoszczony? - zapytał teraz to przyglądając mu się z nieukrywanym rozbawieniem
- A widzisz co się dzieje za oknem?
- Widzę. Jest piękna pogoda. Ptaszki śpiewają, słoneczko ogrzewa, niewiasty wybiegają na ulice.
- Ja już chcę zobaczyć jak ty w taką pogodę wychodzisz na ulicę w poszukiwaniu kobiet. Nie przeszedłbyś jednej przecznicy a już trzeba by było cię reanimować. Nie, stanowczo nie, pogoda jest obrzydliwa, do tego chyba coś mnie pogryzło - ponownie podrapał się za uchem.
- Nie martw się, przecież wiesz, że z raportem się wyrobimy. My zawsze dajemy radę czyż nie?
- Tak wiem, wiem.
Krajewski wziął leżący na biurku długopis i począł się nim bawić.
- A jak zbieranie zespołu naczyniowego? Masz już wytypowaną grupę?
Twarz Andrzeja wykrzywiła się w jeszcze większym grymasie powodującym raptowny atak brwi na oczy w celu ich całkowitego acz niemożliwego zakrycia.
- Szczerze powiedziawszy liczyłem, że będę mieć tutaj lepszy narybek. Najwidoczniej się przeliczyłem-powiedział - Jakubek nadaje się wyłącznie do trzymania jednego narzędzia w dłoniach bowiem przy większej ilości się gubi. Najlepiej radzi sobie ze skalpelem....przynajmniej wie gdzie jest rączka a gdzie ostrze, przez co potrafi go odpowiednio uchwycić.
Adam wyszczerzył się szeroko, kręcąc z rozbawienia głową. Andrzej kontynuował:
- Zapała potrafi tylko robić do mnie maślane oczy, a ślini się przy tym jak pies Pawłowa. Nie wiem czy to ma być dla mnie komplement czy nie, ale ja boję się z tym facetem pracować. Idąc dalej hmmm...a no tak, doktor Rudnicka, blondyneczka strzelająca estrogenami jak z armaty i wiecznie krzywiąca się na mój widok jakby miała porażenie nerwu twarzowego. Gdy w grę wchodzi appendektomia radzi sobie doskonale, ale nawet przy tym z Jakubka wychodzi istny Nostradamus, natomiast jeśli chodzi o zachowanie trzeźwego umysłu w momencie zagrożenia, spokoju ducha acz stanowczości w działaniu, doktor Rudnicka plasuje się u mnie na samym dnie.
-  Powiedz mi, ty z nią spałeś kiedyś?
- Ooo przepraszam, w tym akurat była dobra - rzekł rozbawiony -Tutaj nawet nie będąc człowiekiem obiektywnym, muszę stwierdzić, że na TYM doktor Rudnicka się naprawdę zna. Pokuszę się o stwierdzenie, że wychodzi jej TO znacznie lepiej niż appendektomia.
Profesor uśmiechnął się delikatnie acz złośliwie przez co nie wiadomo było czy ostatni komentarz był ironią czy suchą prawdą. A może tym i tym.
-No więc widzisz...sami idioci.- westchnął podsumowując całą swoją myśl.
Adam pokręcił tylko głową i bacznie spoglądając na Andrzeja rzekł:
- No a doktor Consalida? Zdolna, ambitna, opanowana, wiedząca czego chce. Świetny chirurg. Wiesz, w jej przypadku pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ma głowę na karku.
Andrzej łypnął tylko spode łba na brata odczuwając niemiłe pieczenie żeby nie powiedzieć istny swąd w okolicy części lędźwiowej kręgosłupa. Choć było i tak niesamowicie parno teraz miał wrażenie iż w pokoju zrobiło się nagle jak w istnym piekarniku.
Adam kontynuował :
- No wiesz poza tym patrząc z całkowicie męskiego punktu widzenie Wiktoria to niezwykle atrakcyjna kobieta - spojrzał badawczo na Andrzeja wiedząc, że  z tym faktem nie może się nie zgodzić. Ponadto chciał wybadać jego reakcje i wyrobić sobie odpowiedni pogląd na stosunek brata do swojej przyjaciółki.
Andrzej czując okropne gorąco przebiegające wzdłuż skroni aż do potylicy mruknął:
- Masz rację doktor Consalida to wspaniały chirurg i chyba jako jedyna z całej tej polskiej swołoczy się nadaję.
- Tylko tyle? Nie mów że ci się nie podoba. Przecież cie znam....nie po to ją szykanowałeś bite trzy miesiące żeby teraz zluzować że tak powiem te utworzone więzy - uśmiechnął się jadowicie - Co do kobiet Andrzejku to ja znam wszelkie twoje metody podrywu. Mało tego wiem dokładnie na jakie klasy dzielisz kobiety.
- Ah tak ? A więc na jakie Adasiu? - zapytał profesor
- A no na te jedno- nocne , nie warte zapamiętania.... przede wszystkim chyba dlatego, że były jedno-nocne.
- Bo gdy kobieta oddaję ci to co najcenniejsze pierwszego dnia znajomości to na pewno nie jest warta zapamiętania - wtrącił profesor - Chociaż trzeba brać pod uwagę fakt iż przy mnie nawet wiele szanujących się kobiet traci głowę...także...
- Dobrze, dobrze...zrozumiałem. Idźmy dalej. Kolejna klasa - kobiety jedno-nocne ale warte zapamiętania . Tu chyba wiadomo czemu są warte zapamiętania pomimo że były jedno-nocne.
- To się rozumie samo przez się. Niewiarygodnie wysokie libido prowadzące do rozkoszy bezsprzecznie wartych zanotowania.
Andrzej uśmiechnął się bezwiednie, rozmarzając się dzięki czemu przynajmniej na sekundę zapomniał o tym skwarze i swoim dzisiejszym samopoczuciu. Niestety tylko na sekundę.
- Tak, tak zgadzam się. Dalej kobiety klasy średniej, które chcą najpierw być poznane od strony psychicznej nie fizycznej. Dopiero później otwierają wrota własnej fizyczności - Krajewski wyszczerzył się na co profesor pokiwał głową i odparł:
- Tak, to niezwykle nudna klasa.
- Taką jest w istocie. No i dochodzimy do klasy wysokiej.
Nastąpiła chwila pauzy, która według Krajewskiego miała stopniować napięcie. Nie wyszło mu to jednak bowiem Andrzej jedynie zaczął wiercić się na krześle i ,w oznakach swojego zniecierpliwienia, drapać się niemiłosiernie za prawym uchem.
- No mów wreszcie!
- Klasa wysoka....jak sama nazwa wskazuje jest wysoka.
- No co ty nie powiesz - odparł sarkastycznie
- Kobiety z tej klasy są ambitnymi i niezwykle ceniącymi się osobami - kontynuował Adam - Znają poczucie własnej wartości, mierzą wysoko. A facetów i związki stawiają zdecydowanie niżej niż własną karierę. Możliwie że właśnie dlatego tak imponują nam facetom....Przy tym wszystkim są zniewalająco piękne. Dla nich facet jest w stanie robić rzeczy których nigdy nie robił. Jak mniemam są oszałamiającymi kochankami, a kto raz wpadnie w ich sidła już nigdy więcej nie będzie chciał się wyplątać - spojrzał poważnie na niego - Aaa i najważniejsze....takich kobiet na świecie jest bardzo mało, myślę że tylko garstka.
Na te słowa profesor pokiwał tylko głową 
- A może zrobiliśmy błąd kiedy jeszcze wybieraliśmy twoją drogę życiową ? Może ty powinieneś być psychologiem albo seksuologiem? O tak! W tym z pewnością byś się spełniał.
- Nie zbywaj mnie, jeszcze nie skończyłem. Teraz tylko pozostaje pytanie , w której z tych grup lokujesz Consalide?
- Nie wiem, nie spałem z nią. Poza tym zbyt sobie ją cenie jako chirurga - wzruszył ramionami.
Chociaż wiedział iż było to kłamstwo starał się dobierać odpowiednie maski by ukryć tą ciągle powiększającą się słabość tworzoną w swym sercu do tej w istocie uroczej, rudowłosej lekarki.
Nie tylko piękną, ale po wielu już przeprowadzanych razem zabiegach niezwykle zdolna, zaimponowała Andrzejowi na linii na której nie spodziewał się, że jakakolwiek jeszcze kobieta prócz Anny mu zaimponuje. A jednak, doktor Consalidzie się udało.
- Ha! Zaczerwieniłeś się! Spłonąłeś rumieńcem! Spiekłeś przysłowiowego raka!
- Twoje zachowanie jest zgoła dziecinne Adamie.
Faktycznie policzki Andrzeja przybrały odcień żywej czerwieni a na czole zaczęły się zbierać malutkie, perliste kropelki potu.
-Ty ją klasyfikujesz do klasy wysokiej - ucieszony Adam podniósł się z krzesła i jakby dumny z własnego odkrycia skrzyżował ręce w geście triumfu.
- Nie mogę już tego słuchać. Gwarantuje ci iż w mojej klasie wysokiej znajduje się tylko Anna. Zawsze była tylko ona. Jest. I będzie.
- People change Andrzeju. People change....- podjudzał go dalej Adam.
Już mocno zniecierpliwiony profesor wstał, otworzył największą szufladę w biurku i począł coś w niej nerwowo szukać.
- Co robisz?
-Idę poćwiczyć w sali rehabilitacyjnej. Muszę się porządnie wypocić by wywalić z siebie wszelkie toksyny i głupoty któreś mi nagadał.
Zaraz znalazł swoje szorty , wstał i ruszył do drzwi.
Krajewski także wstał i podążał za nim co chwila mówiąc:
- People change....people change...
v   
Jeszcze 10 - pomyślał wykonując czwartą serię pompek. Nie licząc jego samego szpitalna sala rehabilitacyjna była pusta. Lubił tu przychodzić. Miał wrażenie, że jest to jedne z tych nielicznych miejsc gdzie człowiek  poprzez ćwiczenia fizyczne  może wyrzucić z siebie to wszystko co zalega w wszelkich tkankach jak i w duszy. Przez fizyczne ćwiczenia do oczyszczenia.
Podniósł się z podłogi masując obolałe mięśnie łydek. Od zawsze uważał ze tężyzna fizyczna to podstawa jeśli chce sie wytrzymać długie godziny na sali operacyjnej. A kto jak kto ale ja muszę być najlepszy - uśmiechnął sie sam do siebie na te myśl, kładąc sie na ławeczce do robienia brzuszków.
- Dobra Andrzej, cztery serie i kończymy. Bez pracy nie ma kołaczy  -powiedział do siebie na głos czując jak mięśnie napinają się przy każdym spięciu.
v   

-  Przepraszam pani Izo, nie wie Pani gdzie jest profesor Falkowicz ? -  Rudowłosa podeszła do pielęgniarki niosąc w rękach pokaźny plik dokumentacji medycznej
-    A była Pani doktor w zabiegowym? - kobieta uśmiechnęła sie życzliwie opierając się o recepcyjne biurko.
-    Byłam wszędzie, w gabinecie, w zabiegowym, sprawdziłam w rozpisce czy czasem nie ma jakieś operacji...- rzuciła dokumentacje na biurko - wygląda na to, że profesor Falkowicz poleciał pierwszym wolnym lotem na Marsa....- odparła sfrustrowana pocierając skronie - Szkoda tylko, że zanim odleciał nie zabrał tych papierów. Męczyłam się nad nimi z 2 h.....
-    W takim razie proszę je tu zostawić, pani doktor. Jak tylko zobaczę profesora to mu wszystko przekaże, obiecuję
-    Dziękuje bardzo ale wolałabym mu osobiście przekazać.
-  Może Pani spróbować zapytać profesor Schultz - pielęgniarka wskazała ręką na idącą korytarzem panią chirurg.
Rudowłosa chwyciła karty i pognała w kierunku lekarki.
-   Pani profesor przepraszam że zawracam głowę ale nie mogę znaleźć profesora Falkowicza. Szukałam go niemal wszędzie...miałam mu przekazać dokumentacje - wydyszała patrząc na nią błagalnie.
 Profesor Schultz zlustrowała ją życzliwym acz ździebko ironicznym wzrokiem, wpisanym chyba na trwale w jej naturę.
-    Skoro nigdzie nie ma profesora to wnioskuje, że zaszył się w sali rehabilitacyjnej - rzeka z rozbawieniem obserwując zmachaną Consalide -Pewnie oddaje się fizycznym przyjemnościom pracując nad swoją muskulaturą - dorzuciła uśmiechając się.
-   Znaczy, że...ćwiczy?
-  Tak, pani doktor, to właśnie miałam na myśli....proszę zejść na piętro i sprawdzić. Najpewniej tam Go Pani znajdzie- odwróciła się na pięcie i ruszyła w drugą stronę korytarzem.
-    Dziękuje bardzo - mruknęła rudowłosa patrząc na odchodzącą lekarkę.
v   

Na ćwiczenia mu się zebrało- pomyślała wchodząc do szpitalnej sali rehabilitacyjnej. Omiotła wzrokiem pomieszczenie dostrzegając postawną postać profesora w kącie. Leżał na ławeczce robiąc brzuszki co chwila wzdychając i stękając z wysiłku. Spojrzała uważnie raz...by już więcej nie patrzeć.
Cholera....On jest prawie nagi.  
W istocie profesor oprócz krótkich szortów nie posiadał nic na sobie. Była to jedyna zdobiąca go teraz garderoba, która jak się Wiktorii wydawało, opinała te rejony ciała, których opinać nie powinna.
O mój Boże...
W gruncie rzeczy, na domiar złego, oprócz ciasnych acz seksownych szortów, profesora zdobił także doskonale wyrzeźbiony tors, po którym teraz jak po torze wyścigowym ściekały perliste kropelki potu by następnie zginąć gdzieś w bliżej nieokreślonym miejscu w okolicy bioder i...łona.
Tak właśnie,...takie spostrzeżenia zobaczy kobieta raz tylko lustrując cały obrazek. W rzeczy samej zobaczyła to także i Wiktoria, a ten wizerunek Andrzeja speszył ją do tego stopnia iż pierwsze co zrobiła to odwróciła wzrok. Chęć ucieczki zwalczyła...bo tak naprawdę uciekać nie chciała. Przeciwnie, odczuwała przemożną chęć by bliżej przyjrzeć się tym ściekającym kropelkom potu jakoby nagle ginącym gdzieś w okolicach doskonale wyrzeźbionych pachwin......
Niech to szlag! Cholera Consalida, ogarnij się! To przecież Twój szef!
 -Yhm Yhm - Rudowłosa nieznacznie chrząknęła podchodząc bliżej.
Uniósł głowę i podparł  się na rękach.
-    A dzień dobry Pani doktor. W czym mogę Pani służyć?
- Ehem ekhem - odchrząknęła nieznacznie gdy podniósł się.  - Miałam  Panie Profesorze przekazać Panu obiecaną dokumentacje medyczną..... z tego co pamiętam bardzo Panu zależało aby otrzymać ją jak najszybciej - dodała starając sie nie patrzeć na półnagiego lekarza.
Chirurg  podszedł do kąta biorąc leżący na torbie ręcznik.
-  Miło mi ze tak przykładnie wywiązuje się Pani ze swoich obowiązków - przybliżył sie do niej wycierając spocony tors.
 Jasna cholera.....nie patrz Consalida.- Położę na oknie - odparła podenerwowana kładąc papiery na parapecie.
Andrzej badawczo ją obserwował a zauważając, że w wyniku jego niekompletnego stroju, jest speszona ,na jego twarzy pojawił sie triumfalny uśmieszek. Postanowił działać. Podszedł  do lekarki  tak, że teraz stali twarzą w twarz .
W tej chwili już Wiktoria nie mogła nie patrzeć na te drobne kropelki czyniące sobie z tego seksownego torsu tor wyścigowy, na czarujący uśmiech uwydatniony  przez urocze dołeczki w kącikach ust ...nie mogła nie poczuć tego jego męskiego zapachu.
Męskiego zapachu? Co jest do cholery?....Anyway...
Faktycznie, nie mogła mu się oprzeć.
Naraz profesor troszeczkę spoważniał i przybliżył się jeszcze bliżej, zarzucając sobie ręcznik przez ramię.

Wiktoria odgarnęła niesforny kosmyk włosów z twarzy rzucając mu wyzywające spojrzenie.
- Myślę, że stoi Pan Profesor troszeczkę za blisko - odparła odważnie patrząc mu prosto w oczy.
-  Peszy Panią Doktor moja osoba?- uśmiechnął się zadziornie jeszcze nieznacznie  zmniejszając dzielącą ich odległość.
- Pochlebia Pan sobie.......Panie Profesorze- twardo zerknęła na Falkowicza starając się nie pokazywać wzrastającego w niej zmieszania wywołanego bliskością chirurga - Uważam, że to nie jest miejsce i pora na takie gierki.
-   Jakie gierki ,Pani Doktor, nie wiem o czym Pani mówi? - zrobił udawaną minę niewiniątka.
-    Widzę ze nie oszczędza się Pan - Consalida ściągnęła brwi tym pytaniem stanowczo zbaczając z niebezpiecznych dla niej tematów.
-    Za urodę trzeba płacić Pani Doktor
-    Radziłabym jednak uważać, w Pana wieku serduszko może nie wytrzymać.
-    Mam mocna serce droga Pani, odporne na wszelakie wstrząsy i fizyczne przeciążenia.
-    W to nie wątpię - odparła rozbawiona dalej stojąc w miejscu i się nie wycofując.
-   Zresztą gdyby mi padło serduszko, mógłbym liczyć na jakąś pomoc z Pani strony......jakaś mała reanimacja? - Rudowłosa wywróciła oczami uśmiechając się serdecznie. Andrzej odwzajemnił uśmiech patrząc na nią z nieukrywaną życzliwą nonszalancją. W jego oczach, po raz kolejny, Rudowłosa dostrzegła to ciepło i delikatność, które na ślepo szukać u profesora w codziennych sytuacjach w pracy. Rzeczywiście Andrzej bardzo rzadko tak patrzył na kobiety. Traktując prawie wszystkie w sposób przedmiotowy jak gdyby zamykał te swoje spojrzenia w skrzynce z mosiężną kłódką, a otwierał jedynie dla osób wyjątkowych. Taką osobą była Anna i właściwie zdał sobie sprawę, że powoli staję się nią Wiktoria....
W tym momencie do sali wpadła Agata zastając lekarzy w dwuznacznej sytuacji. Szybko oceniła całą scenę pozwalając sobie na wysnucie mocnych i niezatapialnych wniosków: W porządku, to nie wygląda dobrze pomyślała patrząc na zamieszaną Wiktorię stojąca cal od półnagiego Falkowicza. Bardzo niedobrze.
-    Przepraszam powinnam zapukać...
-    Powinna Pani - odrzekł chłodno Profesor
Zawstydzona Consalida odsunęła się od chirurga nie patrząc na przyjaciółkę.
-Właściwie Wiki to cię szukałam......Chciałam zapytać czy.....- Rudowłosa nie dała jej dokończyć. Mruknęła tylko: Ma pan całą dokumentacje na parapecie;złapała blondynkę pod rękę i pośpiesznie opuściła sale.
-    Ahhh te kobiety.
Dopiero na korytarzu Ruda wypuściła Agatę z mocnego uścisku. Pewnym krokiem ruszyła korytarzem. Woźnicka za nią starając się dotrzymać jej kroku.
-    Możesz mi wytłumaczyć co to miało znaczyć?
-    Zamilcz, proszę cię.
v  

Z kolejnym dniem pogoda postanowiła zlitować się nad wszystkim cierpiętnikami z Warszawy i okolicznych terenów, obniżając temperaturę ze stopni 38 do 34. Miała gest.
Wiktoria jednak nie była takim cierpiętnikiem. Gorące upały stanowiły dla niej namiastkę Hiszpanii i wspomnienie dawnego, beztroskiego życia wśród zatłoczonych targów pełnych owoców morza i najróżniejszych oliwek, które Consalida tak uwielbiała, zielonych parków porośniętych przez palmy i drzewka mandarynkowe oraz miłych i życzliwych ludzi. Na Polskim bazarze egzotyczne przysmaki nie wyglądały, a na pewno nie smakowały tak dobrze, w parku mogła jedynie dostać szyszką w głowę od jakieś niepoczytalnej wiewiórki, a ludzie narzekali tutaj dosłownie na wszystko.   
Czasami sama nie wiedziała czemu porzuciła tamto życie. Nie, nie porzuciła. A na pewno nie z własnej woli. Matka i ojciec nie potrafili sobie już po prostu poradzić, więc wybrali opcję, która pozwoliła uciec od problemów. Co poniekąd przyniosło zamierzony rezultat.
 Wiktoria pociągnęła łyk, zimnej już herbaty. Czy żałowała? Nie, a przynajmniej nie teraz. Na samym początku miała ogromny żal za to, że wywieziono ją do tego smutnego, zimnego kraju pełnego tak nieżyczliwych ludzi. Ale i ona wtedy dała wszystkim nieźle w kość. A z czasem… wszystko się ułożyło. Pomimo ciąży udało jej się ukończyć szkołę i pójść na studia. Poznała Przemka i Agatę, rozpoczęła pracę w Leśnej Górze. W końcu zaczęła się naprawdę realizować.
 Wiktoria zauważyła, że z drugiego końca stołu przygląda jej się Irena. Jak zawsze pozwalała sobie na cichą obserwacje, nigdy jednak nikomu nie przeszkadzała, gdy zatracał się w swoich własnych przemyśleniach. Czasem Consalida odnosiła wrażenie, że ta kobieta czyta z ludzkich oczu, jak z otwartej księgi.
-Wybacz, zamyśliłam się. – Ruda uśmiechnęła się przepraszająco.  
-Nie szkodzi, właściwie nie mówiłam nic szczególnie ciekawego.
 Obie kobiety, przez chwilę, w ciszy popijały zawartość swoich kubków. Irena spojrzała na zegar wiszący nad wyjściem z kuchni i westchnęła cicho. Ponownie zawiesiła swoje spojrzenie na nieobecnej Wiktorii.
-Jest 8:27,wiesz? 
-Wiem. Spokojnie, pilnuję czasu.
-Jasne. - Niklińska wzruszyła tylko ramionami
 Wiktoria uśmiechnęła się lekko. Siedząca przed nią stażystka była dla niej ostatnio kimś w rodzaju matki pilnującej żeby jej dziecko nie spóźniło się do szkoły, a przy okazji nie zapomniało swojego śniadania. Przez wydarzeniach ostatnich dni, które właściwie zawsze miały związek z Falkowiczem, stała się strasznie roztargniona i często nieobecna. Chyba nigdy tyle nie rozmyślała nad swoim życiem, jak właśnie w ostatnich dniach. Boże, co ten człowiek ze mną zrobił?
 -Dziewczynki… zróbcie mi kawy, co? Jestem padnięty.
Do przybytku jakim niewątpliwie jest hotel rezydentów wszedł nie kto inny jak sam Adam Krajewski, który po nocnym dyżurze prezentował się odrobinę nieświeżo, ale mimo wszystko nadal trzymał fason. Wiktoria wyrwana ze swoich przemyśleń, wstała i podeszła do ekspresu. Irena nie zaszczyciła Adama nawet spojrzeniem. Od momentu, kiedy Krajewski naskoczył na nią gdy ogłosiła wszem i wobec całemu światu (który ograniczał się wtedy jedynie do niej samej, Adama oraz Wiktorii), że jest bratem Falkowicza ich i tak niezbyt bliskie relacje uległy znacznemu ochłodzeniu. Nie żeby któreś otwarcie okazywało sobie wrogość. Adam, jak to Adam przeszedł z tym wszystkim do porządku dziennego, Irena zaś jak sama to określiła „nie narzucała mu się ze swoim towarzystwem”, co w praktyce oznaczało mniej więcej tyle co olewanie obecności Adama i odpowiadanie na pytania jedynie gdy było to konieczne. Wiktoria kręciła tylko głową na ich zachowanie, ale wyglądało na to, że ani Krajewski, ani Niklińska nie zaprzyjaźnią się ze sobą. A przynajmniej nie w najbliższym czasie.
-Nie lepiej żebyś się położył do łóżka? Nie wiem czy jeszcze pamiętasz, ale kawę pijemy po to żeby wytrzymać na dyżurze, który w twoim przypadku już się skończył. – Wiktoria wyjęła z szafki ulubiony kubek Adama z napisem „like a boss”. 
          -Ja jeszcze się nie kładę, muszę coś załatwić dla Falkowicza… a do tego potrzebny jest mi całkowicie trzeźwy umysł! – Adam spojrzał na Wiktorią z powagą.
             -Krajewski, słowo „trzeźwy” to dla twojego umysłu oksymoron.
 Adam roześmiał się, próbując jednocześnie wyplątać się z krótkiej, skórzanej kurtki po czym udał się do swojego pokoju. Irena zdobyła się jedynie na delikatny uśmiech. Wiktoria zaś wróciła do przygotowywania kawy.
 Jak widać zmiany zachodzą nieubłaganie nie tylko na zewnątrz pomyślała Wiktoria z niejaką nostalgią, widząc jak zmieniło się jej dotychczasowe życie. Ten rok miał być w końcu pełen zmian, choć nie przypuszczała, że tak wiele rzeczy zostanie zastąpionych czymś nowym.                                    Przede wszystkim egzamin specjalizacyjny. W końcu zostanie pełnoprawnym lekarzem, czego nie mogła doczekać się odkąd zaczęła staż w Leśnej Górze.Bycie rezydentką niosło ze sobą poniekąd jeszcze pewną beztroskę. Osiągnięcie tytułu pełnoprawnego lekarza zaś… gdyby została w Leśnej Górze to wiele by się nie zmieniło, ale przecież nikt nie powiedział, że jest tam jakoś szczególnie uwiązana. No może jednak odrobinę, pomyślała lekko rozbawiona w końcu nie jesteś w ogóle pozbawiona sentymentalności. No i ludzie którzy tam pracują… tego nie da się zastąpić niczym.                      
Co do ludzi zaś tu też zaszły pewne zmiany. Przede wszystkim „święta trójca” jaką tworzyła ona, Agata i Przemek, powoli, ale i skutecznie rozpadła się na duet i Wiktorię w roli solistki. Woźnicka rzuciła się ostatnio w wir pracy i przygotowań do egzaminu specjalizacyjnego. Po nieudanym pseudo-małżeństwie i jej epizodami z Latoszkiem, jak na razie dała sobie spokój jeśli chodzi o jakiekolwiek bliższe relacje z mężczyznami. Niestety odbiło się to też na ich przyjaźni. Ostatnio to z Przemkiem rozmawiała o wiele częściej niż z nią. No właśnie, a jeśli chodzi o Przemka to i coś między nimi zmieniło się nieodwracalnie. Nie, to właściwie zaczęło się już wcześniej, kiedy się z nim rozstałam. Niby zostaliśmy przyjaciółmi, ale pojawiało się coraz więcej sytuacji, kiedy się ze sobą nie zgadzaliśmy albo rzeczy o których przestaliśmy sobie mówić. Wiktoria wiedziała, że mocno nadwyrężyła zaufanie Zapały, ale starała się je za wszelką cenę odbudować. Jednak dopiero teraz zdała sobie sprawę, że utraciła je bezpowrotnie. Nie mogła go za to winić, ale z drugiej strony miała też do niego żal, że wtedy nie próbował nawet zrozumieć dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej.
No cóż...people change.                     
 
v  

Andrzej wrócił do domu wczesnym porankiem po 24 h mozolnego dyżuru. Wrócił z humorem zdecydowanie gorszym, o ile to możliwe, niż z tym z którym wstawał dnia wczorajszego do pracy.
Było mu gorąco, odczuwał nieprzyjemnie pulsujące bóle w okolicach skroni, do tego teraz całe ciało swędziało go niemiłosiernie. I nawet ostatnie tak "miłe" ćwiczenia nie pomogły. Skutkiem powyższych objawów profesor wparował do kuchni z  ogólną miną cierpiętnika i przekazem: Dajcie mi wszyscy święty spokój!.
Anna siedziała przy stole czytając gazetę i popijając kawę. Ubrana była jedynie w czarną, niezwykle skąpą, czarną tunikę, która w swoim zamierzeniu, biorąc dodatkowo pod uwagę modelkę, przyciągała i zniewalała swoim powabem.
Zauważając wchodzącego Andrzeja, zawahała się i odstawiła kubek z kawą ponownie na blat :
- O rany - mruknęła.
- Co jest? Patrzysz na mnie jakbyś zobaczyła ducha - podrapał się po plecach krzywiąc się przy tym z ogólnego stanu dyskomfortu jaki odczuwał we wszystkich swoich postronkach.
- Dobrze się czujesz? Widziałeś się w lustrze? - zapytała z troską.
- A kto w taką pogodę czuje się dobrze? Nie, czuję się fatalnie....wszystko mnie swędzi - i znów chciał się podrapać jednak Anna wstała z krzesła, podeszła do niego i złapała za rękę.
- Zdejmij koszulę - poleciła.
- Doprawdy Anno masz w taką pogodę ochotę na igraszki? - rzucił kpiąco.
Zdjął jednak koszulę i wypiął nieznacznie plecy tak aby Anna mogła je dokładnie obejrzeć.
- Andrzej...ty masz Varicelle.
- Wybacz kochanie ale nie mam w głowie nazw wszystkich jednostek chorobowych.
- Idź do lustra - poleciła wyjmując ze swojej torebki małe lusterko i dając mu - Zobacz swoje plecy.
Zrobił tak jak mu nakazała. Stanął plecami do lustra w swojej garderobie odpowiednio ustawiając małe lusterko. Dzięki temu mógł zauważyć drobne, czerwone krostki już obficie zdobiące jego barki i lędźwia.
- Andrzej,ty masz ospę wietrzną.
Spojrzał na nią krótko po czym warknął wściekle:
- Kur*wa mać.



Ola&Ewelina


wtorek, 3 czerwca 2014

IX "Ordnung muss sein"


Troszkę się w środkowej części poprzesuwało, ale mam nadzieję, że to was nie razi w oczy. A teraz, życzę miłego czytania :)



Stosunki pomiędzy profesorem Falkowiczem, a doktor Consalida nie tyle uległy ociepleniu co radykalnemu wyprostowaniu. To "wyprostowanie" wszelako nie wyszło z inicjatywy samego profesora, tylko  doktor Consalidy, która bystro zauważyła iż pewnych osobników po prostu nie da się zmienić, a więc trzeba  nauczyć się z nimi obcować. I tym właśnie sposobem od momentu zauważenia pewnych , nikłych cech człowieczeństwa u profesora, rudowłosa postanowiła zgłębić tajniki szowinistycznego świata mężczyzn w którym kobieta - uległa i słaba jednostka, zostaje wrzucona w gąszcz ociekających testosteronem samców. Cała ta edukacja zajęła jej niecałe 2 tygodnie i chociaż na początku było to bardzo kosztowne dla jej duszy, po pewnym czasie zdała sobie sprawę , że nie diabeł taki straszny jak go malują. Mało tego, odtąd to" kształcenie" zaczęło jej się podobać, a sam diabeł, jak z nie bez trwogi zauważyła, zaczął jawić jej się jako lekko drażniący acz pociągający samiec alfa.  
W istocie ruda nauczyła się z profesorem rozmawiać, tolerowała jego szowinistyczne żarty, mało tego gdy podjudzał ją i drażnił, w sposób czysto ironiczny odpowiadała mu tym samym. I jej i jemu sie to podobało a więc naturalnie przeszli z tym do porządku dziennego. Można powiedzieć, że zawarli swoisty pakt o nieagresji, z którego każde mogło się wycofać kiedy tylko chciało. Gdyby jednak ktoś jakieś 2 tygodnie temu oznajmił jej koleje tych rzeczy  grzecznie popukałaby się w głowę i kulturalnie zasugerowałaby takiemu jegomościowi dożywotnią kurację w szpitalu psychiatrycznym. No bo ordnung muss sein. Porządek na świecie musi być zachowany, a kooperacja Falkowicz+Consalida bezapelacyjne źle prognozuje dla społeczeństwa. Życie jednak zaskakuje nas na każdym kroku. I w istocie zaskoczyło ją i teraz.
Dzisiaj jednak prognoza dla społeczeństwa była niemal fatalna, przynajmniej tak się rudowłosej zdawało. Przyczyny: zaspała i nie zdążyła na obchód, który skończył się jakieś 5 minut temu. Przewidywane skutki: Rozjątrzony Falkowicz, zarażający swoją diaboliczną złośliwością i cynizmem. Domniemany pierwszy cel: Ona sama . Przypuszczalna obrona: ucieczka. Wnioski Consalida, wnioski: kupić sobie działający budzik? Ruszyła raźno zatłoczonym korytarzem oddziału chirurgicznego, co chwile przystając by wyminąć napotkane na drodze osoby. Już była prawie w pokoju lekarskim gdy nagle przed samymi drzwiami, profesor zmaterlializował sie, jak gdyby z powietrza, powodując iż Wiktoria podskoczyła w wyniku niepomiernego zaskoczenia.
- Serwus pani Doktor. Czyżbyśmy zaspali? - prawy kącik ust profesora uniósł się nieznacznie do góry przez co jego twarz przybrała ten tak znany Wiktorii wyraz. Oho już coś ma dla mnie w zanadrzu. Niemal widać jak mu pracują trybiki.
- Przepraszam panie profesorze. Wiem, że się spóźniłam , ale......No właśnie...ale? ale, co do cholery? - słowa urwały się w pół zdania bowiem Consalida faktycznie nie wiedziała jak ma się wytłumaczyć. Popatrzyła  tylko na profesora wzrokiem bez jakiegokolwiek wyrazu, w duchu modląc się aby karą jaką zaraz otrzyma, były archiwa. Tam przynajmniej można w spokoju wypić kawę i trochę się pouczyć. Lepsze to niż mozolne trzymanie haków....Rany Consalida, jak ty nisko upadłaś. Andrzej zauważając iż rudowłosa nie wie jak ma się usprawiedliwić, przyszedł jej z pomocą. W istocie miał dzisiaj dla niej zajęcie inne niż tajna nauka w szpitalnym archiwum:
- Nic nie szkodzi pani Doktor. Każdy już  dzisiaj ma przydzielone obowiązki, pani wiec została praca ze mną
- Z Panem? - popatrzyła na niego przenikliwie
- Zaiste ze mną pani Doktor. Pomoże mi Pani zając się moją specjalną pacjentką - dobitne zaakcentował słowo specjalna co pozwoliło Wiktorii się domyśleć iż dzisiejszy dzień będzie niebywale długi.
- Kim jest pacjenta? Jakie rozpoznanie? - zapytała
- Pacjentką jest pani Gertruda Gekon , lat 78, przyjechała do nas z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego. 2 tygodnie  temu została poddana zabiegowi appendektomii jednak pojawiły się komplikacje w postaci ropnia w zatoce Douglasa..
- Nakłuliście śródskórnie i zostawiliście dren na kilka dni? - wtrąciła mu w słowo.
- Ależ oczywiście pani Wiktorio, może ja jestem naczyniowcem ale ogólne podstawy nie są mi obce. Problem jednak znowu wrócił, pacjenta ma wysoką gorączkę i skarży się na ostry ból w nadbrzuszu.
- To co, opróżniamy operacyjne? - spojrzała na niego, wiedząc iż to on musi podjąć ostateczną decyzje.
- Tak też uważam pani Doktor. A teraz pozwoli Pani, że przedstawię panią Gertrudę. To naprawdę niebywała kobieta - ruchem reki pokazał jej kierunek, gdzie spoczywała rzekoma pani Gekon. Ruszyli razem szpitalnym korytarzem. Na oddziale panował wszechobecny zgiełk, który profesor trafnie określił używając jednego krótkiego słowa: sajgon . Gdy dotarli przed sale, Andrzej złapał Consalide za łokieć i tym samym zatrzymał zanim jeszcze przekroczyła próg:
- Pani Doktor, ta pacjenta jest dla mnie naprawdę ważna. Oczekuję od Pani pełnego profesjonalizmu w zachowaniu i obejściu - powiedział poważnie sprawiając iż Wiktoria zaczęła się zastanawiać kimże jest ta pacjenta, skoro sam Falkowicz tak pieczołowicie się nią zajmuje.
- Okej, rozumiem. Potraktuję ja jak każdego naszego pacjenta panie profesorze - stwierdziła dumnie, strosząc się niczym samiec pawia w czasie toków. Sam fakt iż mógł myśleć , że potraktuje pacjent w sposób gorszy niż innych, obrażał ją do granic możliwości. Come back.....właściwie to dlaczego miałabym traktować ją inaczej? gorzej? Andrzej z precyzją aktora udawał wyniosłą powagę aż do momentu gdy Wiktoria przestała lustrować go wzrokiem, obróciła się i weszła do sali. Wtedy to dopiero jego wargi wygięły się w drobnym, złośliwym uśmieszku po czym za Consalidą wszedł do pokoju.

W centralnej części, na środkowym łóżku widoczna była drobna staruszka, a właściwie cześć tej drobnej staruszki . Cała jej postać bowiem jakoby ginęła w morzu oplatającego jej ciało muślinu. Po bokach z całej tej luźnej masy wystawały drobne rączki , o wystających, zapewne przez ta nadmierną chudość, kosteczkach. Na górnej części tego turbanu spoczywała mała głowa o pomarszczonej twarzyczce, przyozdobionej licznymi gęstymi piórkami siwych włosów. Obrazek ten roztkliwił Consalidę dogłębnie gdyż widok starszych schorowanych ludzi, zawsze wywoływał u niej odpowiedni odruch emocjonalny . Profesor stanął przy łóżku z udawaną powagą przyglądając się to Wiktorii to pani Gertrudzie. Skinieniem głowy zachęcił lekarkę aby przedstawiła przypadek,by  formalności stało się za dość. Wiktoria stanęła naprzeciwko Andrzeja, po drugiej stronie łóżka tkliwie obserwując tą kruchą staruszkę i rzekła. :
- Tak więc, pani Gertruda, 2 tygodnie tem.... -
- ILE JA MAM NA WAS CZEKAĆ...NIE MACIE ZA GROSZ PRZYZWOITOŚCI - słowa Consalidy urwały się w pół zdania bowiem szpitalne powietrze nagle przeciął  straszny skrzekot dobiegający z małych niepozornych usteczek wystających z nad turbanu - TO ŻE JESTEM STARSZA NIE OBLIGUJE WAS DO SPÓŹNIANIA SIĘ I TRAKTOWANIA MNIE W TAKI SPOSÓB - staruszka kontynuowała tym niezmierne jazgocącym głosem powodując iż na plecach i karku Wiktorii pojawiły się gęsia skórka. Matko niech ona przestanie tak trajkotać...to jest nie do wytrzymania. Owe roztkliwienie nad panią Gertrudą i ogólny czar  tej postaci czmychnął w popłochu z pierwszym momentem przemówienia staruszki. Jej głos nie dało się porównać z niczym innych, jak skrzekotem olbrzymiej, oślizgłej ropuchy
-Pani Gerr....
-CZY JA CI UDZIELIŁAM GŁOSU? PATRZAJ NO IGNASIU JAKA TO JEST TA DZISIEJSZA MŁODZIEŻ. ZERO KULTURY I PODSTAWOWYCH ZASAD BEHAWIORU. I PANI JEST LEKARZEM? TO GDZIE ONI DZISIAJ ROZDAJĄ TE SŁAWNE INDEKSY NA MEDYCYNĘ? W SKLEPIE  MOŻE?, JAK SADZISZ IGNASIU? - kobieta popatrzyła w bok na stojące przy łóżka puste krzesło. Rudowłosa teraz poczuła się jakby grała w jakimś programie z ukrytą kamerą, w którym na samym końcu prowadzący oznajmia, że całe to przedstawienie  było farsą, a zachowania osób po prostu ukartowane i grane pod publikę. Wiktoria spojrzała na profesora, który w tym momencie z ogromnym trudem starał się zachować powagę. Nie wychodziło mu to jednakowoż, bowiem co opanował drżenie jednego kąciku ust, to drgał drugi kącik, skutkiem czego profesor wyglądał nieco komicznie.
- Przepraszam, do kogo pani mówi? - Consalida pochyliła się nieznacznie patrząc pod łóżko, rozumując iż tym rzekomym "Ignasiem" musi być jakiś wnuk pani Gekon bowiem osobnika większych gabarytów raczej by zauważyła. Albo może to kot....nieee, kota Falkowicz by nie wpuścił na odział. Myśl Consalida, myśl. Staruszka popatrzyła się na nią jak na człowieka o mocno nadwątlonym zdrowiu psychicznym i znowu poczęła trajkotać w sobie tylko znanym skrzekocie:
- PRZEPRASZAM BARDZO, IGNAŚ PRZECIEŻ NIE JEST TAKI MALUTKI ŻEBY GO NIE ZAUWAŻYĆ. TOĆ TO ROSŁY CHŁOP. POWIEDZ JEJ IGUSIU -  i wtedy zapadła niezwykle długa, ślamazarna cisza przerywana  co jakiś czas jedynie odgłosami dławiącego sie ze śmiechu Andrzeja. Owy Ignaś  właśnie przemawiał a  Pani Gertruda wtórowała mu ,wściekle marszcząc czoło i potakując głową. Gdy Ignaś skończył spojrzała wymownie na Consalidę jak gdyby wszystko już dogłębnie zostało wyjaśnione.
Consalida all is clear? Yes ma'am.
-Pani Gertrudo, chce z Panią porozmawiać o nadchodzącej operacji, o ewentualnych komplikacjach, zadać kilka pytań.... - odparła z zniecierpliwieniem
-A CZY JA PANI ZABRANIAM? NA WSZELKIE PYTANIA ODPOWIE MÓJ IGNAŚ. ON JEST ZNACZNIE BYSTRZEJSZY ODE MNIE DO TAKICH ROZMÓW - skwitowała poważnie uśmiechając się do pustego taboretu. Wiktoria teraz już zezłoszczona do granic możliwości starając się brzmieć jak najbardziej spokojnie odparła:
- Pani Gekon, ja przychodzę porozmawiać z Panią a nie z jakimś tam Ignn....
-JAKIMŚ TAM! DOBRE SOBIE! IGNAŚ ONA CIĘ NAPRAWDĘ NIE WIDZI -  z niedowierzaniem prychnęła staruszka - PANI DOKTOR CHYBA ZŁĄ PROFESJE WYBRAŁA. TRZEBA BYŁO PÓJŚĆ NA OKULISTYKĘ BĄDŹ TEMU PODOBNE USTROJSTWO! PRZYNAJMNIEJ ZBADALI BY PANI WZROK. HA! PRAWDA IGNACY? - na te słowa Andrzej zaczął uporczywie  wpatrywać się w podłogę, trzęsąc się niemiłosiernie ze śmiechu. Wiktoria natomiast obdarzyła go tak nienawistnym wzrokiem, którego nie powstydziłyby sie niejeden kat bądź morderca. Tak to zmyślnie sobie wykombinowałeś. Brawo panie profesorze.-   PANIE PROFESORZE ,PAN OCZYWIŚCIE WIDZI MOJEGO IGNASIA? - staruszka zwróciła się do Falkowicza.
- Oczywiście ,że widzę pani Gertrudo - z uśmiechem odpowiedział rezolutnie, teraz to wpatrując się z wyrzutem w Wiktorie - Doktor Consalida jest dzisiaj niebywale zmęczona, niewyspana jak mniemam. Proszę jej wybaczyć to chwilowe zaćmienie umysłu.
- SKORO PANI DOKTOR NIE MOŻE PODOŁAĆ ZWYCZAJNEMU DNIU W PRACY TO POLECAM PRZEKWALIFIKOWANIE SIĘ NA INNĄ PROFESJĘ - staruszka spojrzała na rudowłosą, po czym jakby od niechcenia dodała: W OGÓLE UWAŻAM ŻE JAKO LEKARZ PANI SIĘ MARNUJĘ....WIDZIAŁABYM CIEBIE KOCHANIUTKA W INNYM ZAWODZIE.
- Tak, a w jakim pani Gertrudo? - głos Andrzeja brzmiał niewyraźnie od długotrwałego powstrzymywania własnego śmiechu. Pani Gertruda zlustrowała lekarkę ,wzrokiem godnym najlepszego doradcy zawodowego po czym odparła:
- BYŁABY PANI PIERWSZORZĘDNĄ MODELKĄ. WYSOKA, RUMIANA DZIEWCZYNA.DO TEGO TE PIEGUSKI NA POLICZKACH....CO MYŚLISZ IGNACY? - na to pytanie , jak zresztą na każde inne Ignacy odpowiedział ciszą, która pani Gertruda odpowiednio zanalizowała i wyciągnęła "po swojemu"  właściwie wnioski:
- HA! MAM! MOGŁABYŚ KOCHANIUTKA REKLAMOWAĆ BIELIZNĘ. WIE PAN PANIE PROFESORZE- zwróciła się do Andrzeja - TERAZ W TELEWIZJI BIELIZNĘ REKLAMUJĄ SAME SZKARADY. NOŻYNY KOŚLAWE, CHUDE JAK PATYKI, DO TEGO JESZCZE USTA NADMUCHANE BOTOKSEM....MY Z IGNACYM PO PROSTU NIE MOŻEMY NA TO PATRZEĆ. A PANI .....-zawahała się patrząc pytająco na lekarkę
- Wiktoria - wycedziła przez zęby Ruda
-  ANO WŁAŚNIE....NA CZYM TO JA SKOŃCZYŁAM? A TAK! JUŻ WIEM..... PANI WIKTORIA DO TAKICH REKLAM WNIOSŁA BY POWIEW ŚWIEŻOŚCI. PO CO MĘCZYĆ I TAK JUŻ PEWNIE PRZECIĄŻONĄ GŁÓWKĘ TYMI WSZYSTKIMI MEDYCZNYMI DYRDYMAŁAMI, JAK W TEJ BRANŻY ZAROBIŁABY PANI ZNACZNIE WIĘCEJ.-  teraz to profesor Falkowicz stanął przed jednym z tych moralnych dylematów: czy zachować tą resztkę profesjonalizmu i nie wybuchnąć śmiechem czy może dla własnego zdrowia nie blokować i tak już przeciążonej przepony. Wybrał to drugie i zaraz to szpitalne powietrze przeciął jego chrapliwy acz stonowany śmiech:
- Pani Gertrudo wie Pani, coś w tym musi być. Hmm....Pani Wiktoria i reklama bielizny....czemu nie - i znów zaczął się śmiać, nonszalancko patrząc na czerwoną ze złości Consalidę. Naraz to lekarka chwyciła chirurga pod ramię, bąknęła krótkie: Zraz wrócimy pani Gekon, i  razem wyszli z sali.
- Zmyśle sobie to Pan wykombinował - syknęła - Stanowczo wolę archiwum. Do tego ten Ignacy! Kto to do cholerny jest?...albo był.
- Mąż pani Gekon....teraz już zmarły maż. Biedula niezwykle za nim tęskni.
- I dlatego widzi Go siedzącego na taborecie?
- Faktycznie, zapomniałem dodać że od kilku lat ma stwierdzoną chorobę dwubiegunową...Mój błąd - dodał, widząc w oczach Wiktorii kształtujące się groźne ogniki. Po chwili rzekł:
-Pani Wiktorio prawda jest taka, że mam tej kobiety dość. Operowałem ją kilka lat temu, zgodziłem się operować i teraz bo nalegała ( tu czytaj: jazgotała). To nie moja wina, że matka natura pomyliła się aż tak znacząco, obdarzając kogoś o tak wątłej posturze tak wysoce irytującym głosem....
- i charakterem - burknęła łypiąc na niego spode łba- Teraz jak się domyślam...
- Dokładnie pani Doktor, przygotuje ja Pani do operacji- dokończył za nią zadowolony
coś w tym jest, iż człowiek tęskni za tym co bezpowrotnie utracił. Kości zostały rzucone, a archiwa spalone. Szlag ! Niech to szlag!
- Jeszcze raz winszuje pomysłu . Naprawdę wszystko zręcznie przemyślane..
- Naprawdę uważa pani że to ukartowałem? - zapytał niewinnie -Czy Pani mnie uważa za taką szuję?
Czy ja muszę na to odpowiadać?
- Nie, nie, lepiej niech pani nie mówi - Andrzej machnął energiczne ręką po czym mruknął: Widzimy się za 2 godziny na bloku. Miłego....
- Ale.....
- Pani Doktor -westchnął - Postawie sprawę jasno: Nie dotknę się do niej dopóki, dopóty nie będzie uśpiona. I basta w tym temacie. - i ruszył zadowolony korytarzem zostawiając Wiktorie w stanie ogromnego niezdecydowania: wejść tam ponownie i doszczętnie zniszczyć sobie błonę bębenkową? czy może wysłać biedną, nieświadomą pielęgniarkę?
Cholera jasna, Consalida odwagi! Przecież błona bębenkowa się regeneruje. Odwagi!

V

Wiktoria Manuela Consalida wbrew opinii innych osób, możliwe także iż z czystej przekory, uważała przyjaźń damsko - męską, za pierwszy etap miłości. Wszelako była to rzecz nie tyle wymagana co niezbędna do zawarcia jeszcze "ciaśniejszych" stosunków pomiędzy kobietą i mężczyzną. Pomimo stwierdzenia naukowców i filozofów ( których imienia nie pamiętała) iż miłość i przyjaźń oparte są na różnych formach miłości, a sama przyjaźń powinna być czysta i w swym obrazie jakoby pozbawiona pierwiastka erotyczności, odnosząc to do damsko - męskich relacji; było to dla niej po prostu niemożnością. Kobieta i mężczyzna tak zostali stworzeni by dostrzegać te "subtelne" różnice w swojej anatomii; zgłębiać je; później pogłębiać ;a przy tym wszystkim się nimi rozkoszować. Dlatego też, biorąc pod lupę myśl uczonych, było to dla niej niewyobrażalne by taka przyjaźń, nawet w aspekcie myślowym, pozostała czysta.

Zawsze tak uważała.....zawsze to znaczy.......do teraz.
Mimo tej otoczki bawidamka i "warszawskiego patrycjusza" Adam, stał się nie tyle jej bliskim co najlepszym przyjacielem. I chociaż dostrzegała jego walory fizyczne, ich relacje pozostały czyste niczym kropla nie brudnego deszczu ściekająca po umytym oknie.
Sam Krajewski, jak typowy mężczyzna, obdarzony wieloma gadżetami a tylko jednym silnikiem, rozumiał ich wzajemne powiązania w sposób o dużo prostszy- przyjemnie było mieć kogoś kto cię kocha.....a jeszcze przyjemniej gdy cię kocha, wcale nie dlatego, że z tobą śpi. W istocie to dla Adama, było dowodem siły, ich ciągle budującej się, cnotliwej i dziewiczej relacji. I o dziwo, taką chciał, by ona pozostała.

Zszedł po schodach na dół, gotowy na umówione już od tygodnia spotkanie. Wszedł do kuchni z zamiarem napicia się jeszcze wody, gdy tam, natknął się na dwie panie, wesoło gawędzące ze sobą. Wiktoria i Irena plotkowały , zrazu nie dostrzegając stojącego w drzwiach Adama. Na twarzy tej pierwszej widniał szeroki uśmiech, utwierdzający wszystkich wkoło, że w tej zaistniałej rozmowie jest jej niezwykle przyjemnie i miło. Twarz Ireny natomiast, pozostała bez jakiegokolwiek wyrazu; co jakiś czas tylko na jej licach zakwitał drobny, i bardzo nieśmiały w swym wyrazie uśmiech. Niemniej jednak, z chwilą zauważenia Krajewskiego, nawet taki drobny ruch mięśni mimicznych twarzy znikł, pozostawiając twarz bez wyrazu.
- Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki całooować chcę!
Uśmiechnięty od ucha do ucha Adam, podszedł do Wiktorii i delikatnie ucałował ją w policzek po czym pomachał koleżeńsko Irenie ręką....oczywiście bez jakiejkolwiek informacji zwrotnej
- A ty co, odganiasz się  od much, że tak machasz? - zapytała Irena patrząc z wyraźną kpiną na Krajewskiego.
- Na niektóre "muszyska" nie wystarczy sama ręka. Potrzeba wyjątkowo dużej łapki - wyszczerzył się złośliwie po czym zwrócił się do Wiktorii;
- Jak wyglądam?
Rudowłosa pobieżnie zlustrowała go wzrokiem, wstała i podeszła do niego, nieznacznie poprawiając mu kołnierzyk jego błękitnej koszuli:
- Jak Adam Krajewski - skwitowała - Gdzieś się wybierasz?
- Mam randkę. Możliwie, że wrócę bardzo późno.....
- Albo jutro rano - wtrąciła Irena - Mam pytanie, od jak dawna ze sobą sypiacie?
To pytanie zawisło w powietrzu jakoby zatrzymując wszelką cyrkulacje kuchennego powietrza. Wiktoria i Adam spojrzeli po sobie, uśmiechając się do siebie niezwykle znacząco.
- Muszę cię zadziwić Ireno....ale ja i Adam nie sypiamy ze sobą...łączy nas "tylko i wyłącznie" przyjaźń.
Irena wzruszyła ramionami i lekko się przygarbiając upiła łyk herbaty.
- Okej. Jak chcecie. Myślałam, że brat profesora musi na swojej liście odhaczyć wszystkie piękne kobiety z naszego szpitala - stwierdziła prostolinijnie, wpatrując się w bursztynowy kolor trunku w białym kubku. Po chwili podniosła głowę i spojrzała na nich szczerze zdziwiona ich reakcją:
- Powiedziałam coś nie tak?
- Skąd wiesz, że jestem bratem Falkowicza? - zapytał Adam
- A jesteś jego bratem? - wydukała Wiktoria z trudem hamując się by Krajewskiemu nie przyłożyć....czymś dużym i ciężkim
- Powtarzam moje pytanie: skąd o tym wiesz? czytałaś moje akta? pytam się! - Adam lekko poczerwieniał na twarzy, nerwowo wpatrując się w opanowaną i spokojną Irenę
- Przede wszystkim to nie podnoś na mnie głosu. Nie, nie czytałam twoich akt, wyobraź sobie, że mam ciekawsze lektury na podorędziu. Wszystko strawie, nawet "Dumę i uprzedzenie" tylko nie Twoje akta. A co, pewnie w przeszłości byłeś notowany..czyż nie?
- Jasna cholera z Tobą! - Adam jeszcze bardziej poczerwieniał i pocierając swój kilkudniowy zarost spojrzał na milczącą Wiktorie, w której głowie toczyła się teraz wnikliwa analiza postaci dwóch rzekomych braci.
Po chwili zwróciła się do Ireny, pytając ciekawsko :
- Jak to zauważyłaś?
- To wcale nie było trudne. Ich podobieństwo jest widoczne gołym okiem. Profesora Falkowicza widziałam tylko raz, jedyny raz, ale koło niego stał Adam. Ich gesty, mimika...to się po prostu widzi. No i oczywiście to wszechobecne przekonanie, że jest się panem świata.....po którym z rodziców to macie?
- Wypraszam sobie! Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy....nie masz prawa!
Irena szczerze zdziwiona tym gwałtownym wybuchem, nieznacznie się skuliła patrząc pytająco na obserwującą ich Consalide : Czy ja powiedziałam coś nie tak?

- Adam, opamiętaj się! - wiktoria zwróciła się do niego - Przecież nic złego nie powiedziała!
- Nie, w ogóle. Cholerna wyrocznia z Delf!
Irena wstała i już wychodząc, cicho mruknęła pod nosem:
- Zostawię was. Macie sobie do pogadania. Dzięki za herbatę - uśmiechnęła się nieśmiało do Wiktorii po czym wyszła.
- Tak idź, idź! Powinnaś pracować w cbś aniżeli w szpitalu w Leśnej Górze! - wołał za nią
- Człowieku, uspokój się! Czemu tak krzyczysz?
- Bo mnie zdenerwowała. Myśli, że może rzucać informacjami o ludziach na prawo i lewo.
- Powiedziała tylko i wyłącznie prawdę. Nie rozumiem czemu tak cie to zdenerwowało tak jak nie rozumiem czemu mi o tym wcześniej nie powiedziałeś - Wiktoria odparła łagodnie ponownie siadając przy kuchennym stole. Po chwili dołączył do niej Adam.
- Nie powiedziałem Ci właśnie dlatego - wskazał na jej minę - Nie chciałem abyś sobie pomyślała, aby wszyscy sobie pomyśleli, że własną karierę buduję tylko i wyłącznie pod okiem i skrzydłami sławnego brata.
- Wcale tak nie uważam....
- To prawda. Andrzej bardzo mi pomógł w tym wszystkim. W istocie dzięki niemu poszedłem na medycynę i teraz mogę robić to co my - tu wskazał palcem na Wiktorie - kochamy. Bardzo go sobie cenię nie tylko jako wyśmienitego specjalistę ale także jako przyjaciela. Wiem, że za nim nie przepadasz, ale nie znasz go tak dobrze jak ja. Fakt, ma wiele wad, ale też jak wiele zalet. Kocham go miłością bezwarunkową  z racji tego że jest moim bratem i ufam bezgranicznie ponieważ zawsze mogłem na niego liczyć i nigdy się nie zawiodłem.
Oniemiała Wiktoria słuchała w osłupieniu po czym cicho rzekła:
- Nie wiedziałam, że macie takie bliskie relacje.
- Prawie nikt o tym nie wie. Jest to dla mnie zbyt cenne by rozgłaszać to wszem i wobec dlatego proszę cię o dyskrecje.
- Nie jesteście do siebie bardzo podobni - stwierdziła krótko
- Podobno ja jestem bardziej podobny do matki, Andrzej do ojca.
- Podobno?
Adam popatrzył się smutno na Wiktorię
- Ja nie znałem swoich biologicznych rodziców. Zginęli w wypadku gdy miałem 1,5 roku. Trafiłem do domu adopcyjnego skąd po jakimś czasie adoptowała mnie rodzina Krajewskich - uśmiechnął się blado - Trafiło się ślepej kurze ziarno.
Wiktoria, nie widząc co powiedzieć, zdołała jedynie wydukać:
- Musiało ci być ciężko.
- Mnie? Daj spokój! To mojemu bratu było ciężko. Ja byłem jedynie małym chłopcem, zresztą za małym by cokolwiek pamiętać. Andrzej natomiast pamięta wszystko....moment wypadku, nasze rozdzielenie.....on nie trafił tak dobrze jak ja. I pomimo tego wszystkiego zatroszczył się o to byśmy mieli ze sobą kontakt.
Krajewski wstał by po chwili kontynuować:
- Zresztą to nie jest rozmowa na teraz. Obiecuję, że kiedyś ci wszystko opowiem - uśmiechnął się szeroko, w mgnieniu oka rozweselając się - A teraz już lecę. Do zobaczenia!
- Jutro rano - dokończyła po czym zostając sama, piła herbatę w milczeniu, zastanawiając się nad pewnym tajemniczym profesorem.



Ola