Przepraszam Was za opóźnienia. W końcu po sporych dopiskach rozdział jest...obecny;mimo to za wszelkie błędy interpunkcyjne, które mogą się pojawić, przepraszam Miłego czytania,zachęcam do komentowania i trzymajcie się ciepło ;-)
Ola
Romans z Profesorem Falkowiczem był niczym jazda
kolejką górską. Kolejką niezwykle niebezpieczną z dużą liczbą nagłych skrętów i
podwójnych pętli, taką do której człowiek uprzednio boi się wejść lecz
skorzystawszy raz porzuca wszelkie obawy i chcąc nie chcąc uzależnia się. O ile
taki pasażer ma założone pasy bezpieczeństwa, w chwili katastrofy jeszcze jako
tako może wyjść z całej sytuacji bez szwanku, o tyle gorzej gdy nie ma polisy
na życie, kolejka nie widnieje w krajowym rejestrze pojazdów, a jej cześć są stanowczo
nielegalne. A Wiktoria ewidentnie jechała bez pasów.
Sam profesor natomiast, podobnie jak dziecko, które
ukradłszy z barku cukierka, pomimo dziecięcych wyrzutów sumienia, kradnie
kolejnego, tak i on chciał więcej. I chociaż z początku miał to być dla niego
tylko kolejny romans, po upływie niecałego tygodnia zdał sobie sprawę iż sprawa
ta pochłaniając go całkowicie, nie pozwala mu się skupić i tym samym rozprasza
go w jego codziennych czynnościach. Toteż, na skutek obserwacji własnych
zachowań, profesor postanowił powziąć odpowiednie kroki. Po pierwsze obiecał
sobie iż do spraw swoich relacji z Wiktoria podejdzie w sposób chłodny i
zdawkowy, starając się traktować to jak zwykły romans, który pochłania trochę
czasu aczkolwiek nie zajmuje wszelkich myśli i uczuć. Było to oczywiście
całkowicie sprzeczne wewnętrznie z tym co czuł, niemniej jednak on jak mało kto
technikę wypierania, fałszu i kłamstwa miał opanowane do perfekcji. Po drugie,
w związku z tym iż przyrzekł Wiktorii całkowitą dyskrecje w tej oto sprawie,
nie miał także zamiaru dzielić się tym z Anną
(i oczywiście nie widział w tym nic niepokojącego). Anna, od miesiąca będąc
w Zurychu, co jakiś czas dzwoniła do Andrzeja na ogólne spytki i małostkowy
reaserch. Na wszelkie pytanie typu: Co słychać? Coś ciekawego się wydarzyło
ostatnio? - odpowiadał: Wszystko dobrze, nic ciekawego właściwie. W tym
"właściwie" wszakże kryło się właściwie wszystko. Po trzecie jeszcze
i co w całych jego postanowieniach było najważniejsze: całą tą sprawę
postanowił zakończyć jeszcze zanim Anna powróci z wielkiego świata aby nie
stawiać tych dwóch pięknych Pań w dziwnym aczkolwiek podniecającym dla niego
położeniu. Jedna sypialnia - ja i Wiktoria>, Ja i Anna> Ja,
Wiktoria i Anna? Nie, Andrzej przecież nie można mieć wszystkiego. A
może by się zgodziły? nieee, Andrzej trochę pokory i ogłady. I tak to za niecałe
trzy tygodnie Anna miała przyjechać , tymczasem jemu na razie udało się jedno:
złamać prawie wszelkie swoje przyrzeczenia. Do swojego nazwijmy to
"związku” z rudowłosą absolutnie nie podchodził w sposób chłodny, a co
dopiero zdawkowy. No cóż...próbował ale nie wyszło. Wiktoria miała w sobie tyle
ciepła, które na przekór szukać u innych kobiet, a którym emanowało całe jej
ciało sprawiając iż Andrzej przy niej czuł się po prostu szczęśliwie. Tym owym
„rozkosznym ciepłem” , jak profesor mniemał, zarażała jego samego powodując iż
nawet gdy był w złym humorze, po jednym tylko czułym i delikatnym jej
spojrzeniu, mimowolnie się uśmiechał. Faktycznie paragrafu 2 przestrzegał i
Annie o tym nie powiedział ( dalej także nie doszukiwał się w tym nic dziwnego)
Natomiast o jakichkolwiek zerwaniu swoich stosunków z Wiktorią, nie było nawet
mowy. Jakoś z tego wybrnę. Będzie i wilk syty i owca cała.
Uśmiechnął się
sam do siebie, pocierając zaspane oczy. Wtedy to w pokoju rozległo się przeciągłe miaukniecie,
tym samym wyrywając Andrzeja z otchłani własnych myśli i brutalnie sprowadzając
go na ziemie. Leżąc na wznak przekręcił głowę lekko w bok by ujrzeć siedzącego
w rogu łóżka swojego czworonożnego pupila. Loui badawczo lustrował wielkimi
błękitnymi ślepiami swojego pana i nie- swoją rudowłosą, ostatnio częstą
wizytatorkę tegoż łóżka.
- No i co mi powiesz kocie?- spojrzał czule na
smacznie śpiącą Wiktorie, delikatnie okrywając jej nagie plecy atłasową kołdrą,
która jakoby w nocy lekko się „zsunęła” -Powinniśmy ją obudzić jak mniemam? Co
mi powiesz towarzyszu? - jedno ciche
miaukniecie Louiego było jednoznaczną treściwą odpowiedzią, określającą
ostatnie wydarzenia w życiu swojego Pana: Ty
narobiłeś tego całego bajzlu, uporaj się z nim sam – i zwierzak w trymiga
ulotnił się z sypialni.
Andrzej przekręcił głowę by spojrzeć na stojący na
szafce nocnej budzik z elektronicznym cyferblatem. Była 7.05. O 7 zaczyna się
obchód, o 8 do życia budzi się przychodnia, a izba przyjęć nigdy nie umiera.
- Wiki, budzimy się – lekko potrząsnął ramieniem
lekarki, bez żadnego odzewu. Zero reakcji – Wiktoria, budzimy się – na te słowa
już bardziej świadomie rudowłosa przekręciła się na bok odwracając się do
Andrzeja plecami. Włożył ręce pod kołdrę i objął ją w tali przyciągając do
siebie po czym zmysłowo mruknął jej do ucha:
- Wiktoria…ja Ci tylko oznajmiam że jesteś już
spóźniona. Tak tylko mówię proforma abyś nie miała później do mnie pretensji –
i delikatnie pocałował ją pod uchem schodząc swoimi pocałunkami coraz niżej, a
zatrzymując się dopiero na wystającym obojczyku rudej. I wtedy to nastąpiła reakcja:
- Ty też już jesteś spóźniony- burknęła - I mówię
Ci to tak proforma.
- Ale mnie wolno – mruknął jej do ucha. Mnie wszystko wolno…no prawie wszystko
- Wezmę wolne, nigdzie się dzisiaj nie ruszam
- Nie możesz.
- A czemuż to nie mogę?
- Prosta odpowiedz: Bo ja ci go nie dam – wydukał
rozbawiony wodząc opuszkami palców bo nagich plecach Wiktorii.
- Szlag! To ma sens – westchnęła , po czym zsunęła
najpierw ręce Andrzeja następnie kołdrę z własnego ciała, przeciągając się przy
tym i ziewając niemiłosiernie – Widziałeś mój szlafrok?
- Nie, chyba będziesz się musiała obyć bez niego –
uśmiechnął się figlarnie.
Wiktoria
zlustrowała wzrokiem cały pokój, a znalazłszy szlafrok leżący na krześle w
kącie, założyła go po czym zapytała:
- Która godzina?
- 7.10
- Co? Która? Czemu mnie wcześniej nie obudziłeś
skoro sam nie spałeś?
- Przecież ci mówiłem że jesteś spóźniona – odparł
prostolinijnie po czym przykrył się kołdrą pod samą szyję.
- A ty co robisz? Masz zamiar nie iść dzisiaj do
pracy?
- Pomyślałem, że dopóki ty będziesz robić te
wszystkie swoje kobiece ablucje w łazience, ja sobie tu jeszcze troszeczkę
poleżę – wyszczerzył się, po czym obrócił się na bok wtulając głowę w miękką
poduszkę.
- Troszeczkę?
- Tak skarbie, tak ociupinkę.
- Szkoda, wielka szkoda – Wiktoria ruszyła
niezwykle wolno w stronę łazienki, ostentacyjnie zsuwając szlafrok i
odsłaniając swoje nagie barki – Myślałam, że będziesz chciał wziąć ze mną prysznic.
No ale jak nie to nie…nie będę cię zmuszać.
- Już wstaje – Andrzej błyskawicznie zerwał się z
łóżka, powodując u Wiktorii nagły niepohamowany atak głośnego śmiechu.
v
Leciutkie, przejrzyste krople deszczu bębniły o
szybę w oknie tak silnie i tak stanowczo podobnie jak zostaje do życia zbudzony
kościelny dzwon wzywający do porannej mszy.
Takie trafne porównanie. Do wyobrażenia.
Irena obróciła się z jednego boku na drugi i
wtulając się mocno w poduszkę starała się wyłapać w zakamarki pokręconego
umysłu te piękne sny, które zapewniły jej owy stan błogostanu w fazie REM.
Starała się coś z nich jeszcze uchwycić. Zamknąć gdzieś w jakieś tajnej szufladzie,
o której istnieniu wiedziała tylko ona sama. Zamknąć i wykorzystać potem.
Zamiast tego, zamiast snów o wysokich brunetach w
strojach projekcji Adama i Ewy , ona, Irena usłyszała dźwięk. Przeraźliwy,
Jazgoczący. Drący się gorzej niż najbardziej wybredne niemowlę oceniające swoją
karmicielkę i pokarm, który owa karmicielka składa mu w ofierze. Usłyszała
dźwięk, który o 6 rano mrozi najbardziej odważnego rycerza, budząc u niego
odruch wymiotny aniżeli jakiekolwiek oznaki wigoru.
Irena usłyszała budzik. Poczuła wymioty. Gardło ściśnięte
nagle gwałtownie rozluźniło się, a ona poczuła żółć w ustach. I już wiedziała,
że musi wstać.
- O mój Boże!
Pognała do toalety, mocno ściskając usta tak by
wszelka już nagromadzona tam zawartość nie uleciała.
Budzący się Adam usłyszał dwa, a właściwie trzy
dźwięki. Należy stwierdzić iż każdy z tych dźwięków był dla niego nieprzyjemny.
Pierwszy- to jest budzik. Przeraźliwy. Jazgoczący. Budzik. Dwa - trzaskane
drzwi do łazienki. Głośno trzaskane. I trzy, chyba najstraszniejszy, zważywszy
iż nie został nawet wytłumiony przez trzaskające drzwi - odgłos rzygania. Potężnego
i obfitego rzygania. Ale czym? Czym po
nocy można rzygać? - zapytał sam siebie i nie ociągając się jednak
pośpieszył w kierunku łazienki.
- Wszystko w porządku? - wszedł do pomieszczenia i
pochylił się nad rzygającą Ireną , czule gładząc ją po plecach.
- W jak najlepszym - podniosła głowę znad muszli i
skrzywiła się cierpko - Nudziło mi się troszkę.
Adam wyprostował się gwałtownie gdy Irena znów
naparła na biedną muszlę klozetową, atakując ją kwaśną wydzieliną jej kobiecego
żołądka.
- Co jest grane? Co mogło Ci zaszkodzić skoro
wczoraj jedliśmy to samo. Gdyby było coś nie tak z tym risotto to...
- Boże, Adam nie wiem - otarła usta wierzchem dłoni
- Przynieś mi szklankę wody.
I już miał wyjść gdy nagle będąc już w drzwiach,
zatrzymał się skamieniały i obrócił powolnie. Spojrzał przestraszony na Irenę
wzrokiem godnym malutkiego chłopca; wzrokiem, w którym dostrzec można było, po
jednym tylko spojrzeniu, słodziuchne ogniki, niewinne i kruche, właściwie chyba
każdemu dziecku. Właściwie również Adamowi. Wraz z zarostem i kształtem
szczęki, kolorem włosów i posturą, w wielu chwilach były dla Ireny szalenie
seksowne. Dzisiaj ogniki te stały się litościwe. Mizerne. Słabe. A bo nie można
było się na nich oprzeć, nie pokrzepiały żadnym słowem; mało tego - same o
pomoc wołały.
- Ty chyba nie myślisz....- zaczął przestraszony i
po chwili urwał.
- Cholera Adam...ja w ogóle nic nie myślę, ja po
prostu rzygam.
Między nimi zapanowała jakaś surowa cisza, a
komunikacja z tej werbalnej przeniosła się na poziom spojrzeń. Adam, jedno
przestraszone spojrzenie - Czy to
możliwie? Irena, wyzywające spojrzenie -
I już się pietrasz? Adam , rozumnie - Zastanówmy
się czy to jest możliwe. Irena, wrogo - Kurwa,
wszystko jest możliwe.
Oboje przestraszeni.
Irena głośno przełknęła ślinę.
- Adam ...
- Tak?
- Idź po szklankę wody...I do apteki.
Potarł wierzchem dłoni kilkudniowy zarost:
- Co mam Ci kupić w aptece? - zapytał czule, z
wyraźną troską- Czego potrzebujesz...czego my potrzebujemy?
Po chwili wahania Irena, biorąc uprzednio głęboki
wdech i wypuszczając powietrze rzekła:
- Idź kup dwa testy ciążowe.
I zaraz to, szybko znikł w drzwiach.
v
Ryp, pip, ciach, prach. Irena rozerwała malutkie
papierowe pudełeczko, przedzierając na pół roześmianą głowę matki trzymającej
owinięte w kocyk niemowlę.
Kto
teraz robi te opakowania?
Drżącą ręką wyciągnęła z pudełka pierwszy test, usiadła
na kiblu. Nasikała.
- Ile trzeba czekać na wynik?
Adam stanął w drzwiach łazienki i nerwowo począł
pocierać swój zarost. Irena wiedziała, iż robił to zawsze gdy był czymś
zafrasowany, zamyślony - gdy był bardzo zdenerwowany.
- Mógłbyś wyjść - zaczęła z wyrzutem - Trochę mnie
stresujesz.
- Ile? - ponowił pytanie - Ile trzeba czekać na
wynik?
- Wynik będzie w przeciągu kilku minut.
Pokiwał głową i oparł się o umywalkę. Głośno
wypuścił powietrze.
Nie patrzyła na niego. Wiedziała, że każde
spojrzenie osłabi ją jeszcze bardziej; rozmiękczy ją od środka i stanie się
mięciutka niczym śródziemnomorska gąbeczka oblana wodą; wiedziała iż każde jego
przestraszone spojrzenia zniszczy ją, a ona przecież musi być twarda. Czekała
więc. Patrzyła przed siebie. Na ścianę, na podłogę- przed sobą, na sufit- nad
sobą.
- Irena...- burknął- Chyba to już. Popatrz.
Spojrzała na trzymany w dłoniach test. Dwie kreski.
- Co znaczy dwie kreski? - zapytał z
niedowierzaniem mimo iż jako lekarz doskonale wiedział co znaczą dwie kreski -
Irena....na miłość Boską. Spójrz na mnie. Powiedz coś.
A ona zamiast coś powiedzieć; zamiast spojrzeć na
mężczyznę, którego uczucie tak otwarcie wcześniej przyjęła - wstała, wyrzuciła
test i umyła ręce. Wstała dumnie. Wyrzuciła test dumnie. Umyła ręce. Dumnie.
- To wszystko da się zorganizować...damy radę,
jakoś sobie poradzimy. Ja całkiem nieźle zarabiam, poza tym mam odłożoną sporą
sumę pieniędzy...
- Muszę się umówić do lekarza.
- Zadzwonię i umówię nas z Hanną.
I już wyciągał telefon gdy Irena go złapała za
rękę.
- Nie, nie z ginekologiem. Muszę się widzieć z
chirurgiem.
Nie rozumiał ani krzty z tego co właśnie
powiedziała. Patrzył na nią niby rozumnie, niby pojmując - a wszakże nic nie
rozumiejąc.
Dopiero po niecałej minucie gdy spojrzała na niego
niemal błagalnie a w oczach jej, tych pięknych oczkach, w których się tak
bardzo zakochał, dostrzegł łzy - zrozumiał. Pojął całkowicie.
Wyrwał rękę z jej uścisku i pokręcił głową z
niedowierzaniem.
- Nie mogę w to uwierzyć - parsknął żałośnie - Ty
chyba nie mówisz poważnie?
- Adam ja nie widzę innego wyjścia...
- Nie widzisz!?- zapytał głośniej niż pierwotnie
zamierzał - Nie widzisz?! Cholera jasna! To dobrze, że masz mnie bo JA w
przeciwieństwie do Ciebie widzę inne wyjścia. Widzę je całkiem wyraźnie.
- Dla Ciebie to takie proste! - krzyknęła - Razem
urodzimy, razem wychowamy! Gówno prawda. Wy, mężczyźni jesteście pierwsi jeśli
chodzi o sex...
- Przecież ja nie uciekam od żadnej
odpowiedzialności - przerwał jej - Przecie..
- Jesteście pierwsi do sex-u i pierwsi do
podejmowania decyzji z nim i konsekwencjami związanych!
- Co ty pieprzysz, Irena? - zapytał z niedowierzaniem-
Co ty pieprzysz?
Sama nie rozumiała. Co mówi. Co pieprzy. Kogo
pieprzyła przez ostatnich kilka miesięcy - to wszakże rozumiała. Co się teraz
działo - ni w ząb.
Cisza.
- Jak myślisz, który to może być tydzień?- zapytał
spokojnie przerywając ciszę.
- Pewnie około 6 - odparła cichutko - Gdzieś tak
około.
Adam ponownie potarł swój zarost i patrząc teraz
wprost nad pochyloną nad umywalką Irenę rzekł:
- A więc ma już rączki i nóżki. Można policzyć
paluszki rączek i nóżek.
- Czemu mi to robisz?! - w oczach jej zebrały się
łzy - Czemu, do jasnej cholery?!
I on sam już płakał. By nie zauważyła pośpiesznie
otarł kąciki oczu rękawem i złapał ją za ramiona silnie przyciągając do siebie.
- Bo chcę byś podjęła słuszną decyzję - wychrypiał
- Bo chcę byś nie działała pod wpływem jakiegoś głupiego impulsu...
Spojrzał na nią; czule, z miłością i ufnością, w to
że podejmie słuszną decyzje, a ona widząc jego łzy i kształtujące się w jego oczach
nieme błaganie - wybuchnęła płaczem.
Otoczył ją ramieniem i zaczął uspokajająco gładzić
po plecach:
- Bo nie chcę byś zabijała nasze dziecko - szepnął
- Nie chce tego, nie zgadzam się na to.
Ujął jej twarz w swoje duże dłonie i powiedział
stanowczo:
- Jestem w tym z Tobą. Poradzimy sobie.
- Adam ja nienawidzę dzieci, na placu zabaw one ode
mnie uciekają - wlepiła w jego twarz zapłakany wzrok i mówiła dalej - Nie umiem
nawet trzymać niemowlaka...
Uśmiechnął się tkliwie i począł wycierać kciukiem
jej zapłakane policzki
- Ja też nie umiem. Ani przewijać ani trzymać.
- A co będzie jeśli ja go nie pokocham? Nic nie
poczuję...
- Zapewniam Cie, że poczujesz. Dalej będziesz
nienawidzić biegających dzieci na placu zabaw z tym jednym wyjątkiem - swoje
będziesz kochać na zabój.
Uśmiechnął się ciepło i wzruszył ramionami:
- Podobno tak jest. Z rodzicielstwem.
Pocałował ją czule i przeciągle po czym wodząc
kciukiem po jej gładkich policzkach wyrzekł stanowczo:
- Coś musi w tym być - wlepił w nią rozmarzony
wzrok - To wszystko nie dzieje się przypadkiem.
I zaraz objął ją mocno i znów pocałował.
v
Andrzeja rozjątrzały w pracy dwie sytuacje. Pierwsza-
gdy jako pacjentka trafiała mu się świeżo upieczona mama. Druga - gdy ta mama
była bardzo ładna. Ponętna i atrakcyjna. A on musi ją zbadać. Dokładnie. Należy
stwierdzić iż musiał tutaj wystąpić punk pierwszy by zaistniał punkt drugi.
Andrzej rzucił z furią dokumentacje na biurko
mijając nos Wiktorii o niecały centymetr.
Kartki zahaczyły o śpieszące na pomoc ręce i
dokumentacja poleciała na wszystkie strony na podłogę.
Andrzej przykucnął i zaczął zbierać kartki.
- To za dzisiaj? Za ten poranny prysznic? - wykrzywiła
usta w zawadiackim uśmiechu - Nie martw się, może jeszcze..
- Mam prośbę- burknął - Pacjenta, moja pacjentka,
właściwie już nie moja...prosi o zmianę lekarza.
Podniósł się i łypnął groźnie na Wiktorię; Spróbuj się tylko nie zgodzić.
To była dla Wiktorii widoczna zachęta do żartów,
zwłaszcza, że dzisiejszy dzień był dla niej niewątpliwie udany.
- Oj coraz lepiej. Czyżby wystąpiło spięcie na linii
pacjent - lekarz? A może na linii kobieta - mężczyzna?
- Czy możesz ją zbadać? - westchnął - Mogę Cię o to
prosić?
Wiktoria rozparła się na fotelu rozprostowując
swoje długie, smukłe nogi:
- Możesz, chyba... ale najpierw mi powiedz co
takiego zrobiłeś. Żebym ja nie popełniła ponownie tego błędu - powiedziała
rozbawiona widząc urażone spojrzenie Andrzeja.
- Raczej Tobie ten błąd nie grozi.
Wiktoria uśmiechnęła się zalotnie i złożyła ręce na
piersiach.
Andrzej skrzywił się i kontynuował :
- Pacjentka oskarżyła mnie o... - zawahał się. Te
słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Tych słów widocznie bardzo nie lubił
- O molestowanie. O nadmierne dotykanie w miejscach w których nie powinienem. Zażądała
zmiany lekarza.
- W jakich miejscach?
Wiktoria była coraz bardziej rozbawiona.
-Co?
- W jakich miejscach rzekomo nadmiernie ją
dotykałeś?
Andrzej wywrócił oczami:
- Podobno piersi.
- Ahh piersi...
Wiktoria zacisnęła wargi i teraz groźnie jak jastrząb
popatrzyła na Andrzeja.
- Chyba jej nie wierzysz? Przestań, to śmieszne. Ta
kobieta ma małe dziecko- Andrzej popatrzył na Wiktorię licząc, że to
stwierdzenie coś zmieni - Karmi piersią.
- Aaa to dużo zmienia - rzuciła sarkastycznie.
-Czy wyście wszystkie już powariowały?! Ledwo ją
dotknąłem, a większy biust nie obliguje do większej uwagi mężczyzn.
- Ależ oczywiście, że nie - skwitowała - Mężczyźni
przecież nie lubią dużych piersi.
Andrzej oparł się o oparcia krzesła Wiktorii tak, że
teraz Wiktorię; tą Wiktorię z wyprostowanymi nogami; urażoną lecz całkowicie odsłoniętą
- miał centralnie pod sobą. Popatrzył pożądliwie na niebieski uniform zapięty
sztywno na srebrne guziczki aż po obojczyk i uśmiechnął się. Pochylił się i
pocałował ją za prawym uchem, później w szyję i w odsłonięty, wyeksponowany
obojczyk.
Uniosła głowę dumnie:
- Nawet o tym nie myśl.
- Facetom podobają się nie tylko piersi i pupa.
Czasem zwracają uwagę także na inne rzeczy.
Zaczął muskać ustami jej policzek, góra dół, góra i
dół ;aż poczuł iż dostała gęsiej skórki i uśmiechnęła się odpychając go i jego
pieszczoty:
- Ktoś może wejść. Nie wiś tak nade mną.
- Zbadasz ją?
- Wiesz, że zbadam.
Podniosła się z fotela.
- Ale następnym razem radzę Ci bardziej uważać - i
wyszła z pokoju.
- Fakt - Andrzej wyszczerzył się odprowadzając
Wiktorię wzrokiem - Nie ma nic gorszego niż matki karmiące.
Usiadł na miejscu Wiktorii i już miał zabrać się za
papierkową robotę, gdy zadzwonił telefon.
Spojrzał na wyświetlacz.
Anna
- Cześć. Co słychać? Coś ciekawego się wydarzyło?
Andrzej skrzywił się błagalnie, i popatrzył na
niedomknięte drzwi pokoju lekarskiego.
Słysząc w słuchawce ten kochany kobiecy głos i
troskę jaka z tym pytaniem zawsze była nierozerwalnie złączona - odczuwał
palące wyrzuty sumienia. I zawsze wraz z telefonem od Anny, znów pojmował jak
bardzo za nią tęskni. I znów uświadamiał sobie, że nieźle się zagrzebał. I wraz
kombinował:
- Wszystko dobrze, nic ciekawego właściwie.
W tym "właściwie" wszakże kryło się
właściwie wszystko.
Ola