wtorek, 11 listopada 2014

XVIII " Właściwie"

Przepraszam Was za opóźnienia. W końcu po sporych dopiskach rozdział jest...obecny;mimo to za wszelkie błędy interpunkcyjne, które mogą się pojawić, przepraszam Miłego czytania,zachęcam do komentowania i trzymajcie się ciepło ;-)
Ola

Romans z Profesorem Falkowiczem był niczym jazda kolejką górską. Kolejką niezwykle niebezpieczną z dużą liczbą nagłych skrętów i podwójnych pętli, taką do której człowiek uprzednio boi się wejść lecz skorzystawszy raz porzuca wszelkie obawy i chcąc nie chcąc uzależnia się. O ile taki pasażer ma założone pasy bezpieczeństwa, w chwili katastrofy jeszcze jako tako może wyjść z całej sytuacji bez szwanku, o tyle gorzej gdy nie ma polisy na życie, kolejka nie widnieje w krajowym  rejestrze pojazdów, a jej cześć są stanowczo nielegalne. A Wiktoria ewidentnie jechała bez pasów.
Sam profesor natomiast, podobnie jak dziecko, które ukradłszy z barku cukierka, pomimo dziecięcych wyrzutów sumienia, kradnie kolejnego, tak i on chciał więcej. I chociaż z początku miał to być dla niego tylko kolejny romans, po upływie niecałego tygodnia zdał sobie sprawę iż sprawa ta pochłaniając go całkowicie, nie pozwala mu się skupić i tym samym rozprasza go w jego codziennych czynnościach. Toteż, na skutek obserwacji własnych zachowań, profesor postanowił powziąć odpowiednie kroki. Po pierwsze obiecał sobie iż do spraw swoich relacji z Wiktoria podejdzie w sposób chłodny i zdawkowy, starając się traktować to jak zwykły romans, który pochłania trochę czasu aczkolwiek nie zajmuje wszelkich myśli i uczuć. Było to oczywiście całkowicie sprzeczne wewnętrznie z tym co czuł, niemniej jednak on jak mało kto technikę wypierania, fałszu i kłamstwa miał opanowane do perfekcji. Po drugie, w związku z tym iż przyrzekł Wiktorii całkowitą dyskrecje w tej oto sprawie, nie miał także zamiaru dzielić się tym z Anną  (i oczywiście nie widział w tym nic niepokojącego). Anna, od miesiąca będąc w Zurychu, co jakiś czas dzwoniła do Andrzeja na ogólne spytki i małostkowy reaserch. Na wszelkie pytanie typu: Co słychać? Coś ciekawego się wydarzyło ostatnio? - odpowiadał: Wszystko dobrze, nic ciekawego właściwie. W tym "właściwie" wszakże kryło się właściwie wszystko. Po trzecie jeszcze i co w całych jego postanowieniach było najważniejsze: całą tą sprawę postanowił zakończyć jeszcze zanim Anna powróci z wielkiego świata aby nie stawiać tych dwóch pięknych Pań w dziwnym aczkolwiek podniecającym dla niego położeniu. Jedna sypialnia - ja i Wiktoria>, Ja i Anna> Ja, Wiktoria i Anna? Nie, Andrzej przecież nie można mieć wszystkiego. A może by się zgodziły? nieee, Andrzej trochę pokory i ogłady. I tak to za niecałe trzy tygodnie Anna miała przyjechać , tymczasem jemu na razie udało się jedno: złamać prawie wszelkie swoje przyrzeczenia. Do swojego nazwijmy to "związku” z rudowłosą absolutnie nie podchodził w sposób chłodny, a co dopiero zdawkowy. No cóż...próbował ale nie wyszło. Wiktoria miała w sobie tyle ciepła, które na przekór szukać u innych kobiet, a którym emanowało całe jej ciało sprawiając iż Andrzej przy niej czuł się po prostu szczęśliwie. Tym owym „rozkosznym ciepłem” , jak profesor mniemał, zarażała jego samego powodując iż nawet gdy był w złym humorze, po jednym tylko czułym i delikatnym jej spojrzeniu, mimowolnie się uśmiechał. Faktycznie paragrafu 2 przestrzegał i Annie o tym nie powiedział ( dalej także nie doszukiwał się w tym nic dziwnego) Natomiast o jakichkolwiek zerwaniu swoich stosunków z Wiktorią, nie było nawet mowy. Jakoś z tego wybrnę. Będzie i wilk syty i owca cała.
 Uśmiechnął się sam do siebie, pocierając zaspane oczy. Wtedy to  w pokoju rozległo się przeciągłe miaukniecie, tym samym wyrywając Andrzeja z otchłani własnych myśli i brutalnie sprowadzając go na ziemie. Leżąc na wznak przekręcił głowę lekko w bok by ujrzeć siedzącego w rogu łóżka swojego czworonożnego pupila. Loui badawczo lustrował wielkimi błękitnymi ślepiami swojego pana i nie- swoją rudowłosą, ostatnio częstą wizytatorkę tegoż łóżka.
- No i co mi powiesz kocie?- spojrzał czule na smacznie śpiącą Wiktorie, delikatnie okrywając jej nagie plecy atłasową kołdrą, która jakoby w nocy lekko się „zsunęła” -Powinniśmy ją obudzić jak mniemam? Co mi powiesz towarzyszu?  - jedno ciche miaukniecie Louiego było jednoznaczną treściwą odpowiedzią, określającą ostatnie wydarzenia w życiu swojego Pana: Ty narobiłeś tego całego bajzlu, uporaj się z nim sam – i zwierzak w trymiga ulotnił się z sypialni.
Andrzej przekręcił głowę by spojrzeć na stojący na szafce nocnej budzik z elektronicznym cyferblatem. Była 7.05. O 7 zaczyna się obchód, o 8 do życia budzi się przychodnia, a izba przyjęć nigdy nie umiera.
- Wiki, budzimy się – lekko potrząsnął ramieniem lekarki, bez żadnego odzewu. Zero reakcji – Wiktoria, budzimy się – na te słowa już bardziej świadomie rudowłosa przekręciła się na bok odwracając się do Andrzeja plecami. Włożył ręce pod kołdrę i objął ją w tali przyciągając do siebie po czym zmysłowo mruknął jej do ucha:
- Wiktoria…ja Ci tylko oznajmiam że jesteś już spóźniona. Tak tylko mówię proforma abyś nie miała później do mnie pretensji – i delikatnie pocałował ją pod uchem schodząc swoimi pocałunkami coraz niżej, a zatrzymując się dopiero na wystającym obojczyku rudej. I wtedy to  nastąpiła reakcja:
- Ty też już jesteś spóźniony- burknęła - I mówię Ci to tak proforma.
- Ale mnie wolno – mruknął jej do ucha. Mnie wszystko wolno…no prawie wszystko
- Wezmę wolne, nigdzie się dzisiaj nie ruszam
- Nie możesz.
- A czemuż to nie mogę?
- Prosta odpowiedz: Bo ja ci go nie dam – wydukał rozbawiony wodząc opuszkami palców bo nagich plecach Wiktorii.
- Szlag! To ma sens – westchnęła , po czym zsunęła najpierw ręce Andrzeja następnie kołdrę z własnego ciała, przeciągając się przy tym i ziewając niemiłosiernie – Widziałeś mój szlafrok?
- Nie, chyba będziesz się musiała obyć bez niego – uśmiechnął się figlarnie.
 Wiktoria zlustrowała wzrokiem cały pokój, a znalazłszy szlafrok leżący na krześle w kącie, założyła go po czym zapytała:
- Która godzina?
- 7.10
- Co? Która? Czemu mnie wcześniej nie obudziłeś skoro sam nie spałeś?
- Przecież ci mówiłem że jesteś spóźniona – odparł prostolinijnie po czym przykrył się kołdrą pod samą szyję.
- A ty co robisz? Masz zamiar nie iść dzisiaj do pracy?
- Pomyślałem, że dopóki ty będziesz robić te wszystkie swoje kobiece ablucje w łazience, ja sobie tu jeszcze troszeczkę poleżę – wyszczerzył się, po czym obrócił się na bok wtulając głowę w miękką poduszkę.
- Troszeczkę?
- Tak skarbie, tak ociupinkę.
- Szkoda, wielka szkoda – Wiktoria ruszyła niezwykle wolno w stronę łazienki, ostentacyjnie zsuwając szlafrok i odsłaniając swoje nagie barki – Myślałam, że będziesz chciał wziąć ze mną prysznic. No ale jak nie to nie…nie będę cię zmuszać.
- Już wstaje – Andrzej błyskawicznie zerwał się z łóżka, powodując u Wiktorii nagły niepohamowany atak głośnego śmiechu.
v   
Leciutkie, przejrzyste krople deszczu bębniły o szybę w oknie tak silnie i tak stanowczo podobnie jak zostaje do życia zbudzony kościelny dzwon wzywający do porannej mszy.
Takie trafne porównanie. Do wyobrażenia.
Irena obróciła się z jednego boku na drugi i wtulając się mocno w poduszkę starała się wyłapać w zakamarki pokręconego umysłu te piękne sny, które zapewniły jej owy stan błogostanu w fazie REM. Starała się coś z nich jeszcze uchwycić. Zamknąć gdzieś w jakieś tajnej szufladzie, o której istnieniu wiedziała tylko ona sama. Zamknąć i wykorzystać potem.
Zamiast tego, zamiast snów o wysokich brunetach w strojach projekcji Adama i Ewy , ona, Irena usłyszała dźwięk. Przeraźliwy, Jazgoczący. Drący się gorzej niż najbardziej wybredne niemowlę oceniające swoją karmicielkę i pokarm, który owa karmicielka składa mu w ofierze. Usłyszała dźwięk, który o 6 rano mrozi najbardziej odważnego rycerza, budząc u niego odruch wymiotny aniżeli jakiekolwiek oznaki wigoru.
Irena usłyszała budzik. Poczuła wymioty. Gardło ściśnięte nagle gwałtownie rozluźniło się, a ona poczuła żółć w ustach. I już wiedziała, że musi wstać.
- O mój Boże!
Pognała do toalety, mocno ściskając usta tak by wszelka już nagromadzona tam zawartość nie uleciała.
Budzący się Adam usłyszał dwa, a właściwie trzy dźwięki. Należy stwierdzić iż każdy z tych dźwięków był dla niego nieprzyjemny. Pierwszy- to jest budzik. Przeraźliwy. Jazgoczący. Budzik. Dwa - trzaskane drzwi do łazienki. Głośno trzaskane. I trzy, chyba najstraszniejszy, zważywszy iż nie został nawet wytłumiony przez trzaskające drzwi - odgłos rzygania. Potężnego i obfitego rzygania. Ale czym? Czym po nocy można rzygać? - zapytał sam siebie i nie ociągając się jednak pośpieszył w kierunku łazienki.
- Wszystko w porządku? - wszedł do pomieszczenia i pochylił się nad rzygającą Ireną , czule gładząc ją po plecach.
- W jak najlepszym - podniosła głowę znad muszli i skrzywiła się cierpko - Nudziło mi się troszkę.
Adam wyprostował się gwałtownie gdy Irena znów naparła na biedną muszlę klozetową, atakując ją kwaśną wydzieliną jej kobiecego żołądka.
- Co jest grane? Co mogło Ci zaszkodzić skoro wczoraj jedliśmy to samo. Gdyby było coś nie tak z tym risotto to...
- Boże, Adam nie wiem - otarła usta wierzchem dłoni - Przynieś mi szklankę wody.
I już miał wyjść gdy nagle będąc już w drzwiach, zatrzymał się skamieniały i obrócił powolnie. Spojrzał przestraszony na Irenę wzrokiem godnym malutkiego chłopca; wzrokiem, w którym dostrzec można było, po jednym tylko spojrzeniu, słodziuchne ogniki, niewinne i kruche, właściwie chyba każdemu dziecku. Właściwie również Adamowi. Wraz z zarostem i kształtem szczęki, kolorem włosów i posturą, w wielu chwilach były dla Ireny szalenie seksowne. Dzisiaj ogniki te stały się litościwe. Mizerne. Słabe. A bo nie można było się na nich oprzeć, nie pokrzepiały żadnym słowem; mało tego - same o pomoc wołały.
- Ty chyba nie myślisz....- zaczął przestraszony i po chwili urwał.
- Cholera Adam...ja w ogóle nic nie myślę, ja po prostu rzygam.
Między nimi zapanowała jakaś surowa cisza, a komunikacja z tej werbalnej przeniosła się na poziom spojrzeń. Adam, jedno przestraszone spojrzenie - Czy to możliwie? Irena, wyzywające spojrzenie - I już się pietrasz? Adam , rozumnie - Zastanówmy się czy to jest możliwe. Irena, wrogo - Kurwa, wszystko jest możliwe.
Oboje przestraszeni.
Irena głośno przełknęła ślinę.
- Adam ...
- Tak?
- Idź po szklankę wody...I do apteki.
Potarł wierzchem dłoni kilkudniowy zarost:
- Co mam Ci kupić w aptece? - zapytał czule, z wyraźną troską- Czego potrzebujesz...czego my potrzebujemy?
Po chwili wahania Irena, biorąc uprzednio głęboki wdech i wypuszczając powietrze rzekła:
- Idź kup dwa testy ciążowe.
I zaraz to, szybko znikł w drzwiach.
v   
Ryp, pip, ciach, prach. Irena rozerwała malutkie papierowe pudełeczko, przedzierając na pół roześmianą głowę matki trzymającej owinięte w kocyk niemowlę.
Kto teraz robi te opakowania?
Drżącą ręką wyciągnęła z pudełka pierwszy test, usiadła na kiblu. Nasikała.
- Ile trzeba czekać na wynik?
Adam stanął w drzwiach łazienki i nerwowo począł pocierać swój zarost. Irena wiedziała, iż robił to zawsze gdy był czymś zafrasowany, zamyślony - gdy był bardzo zdenerwowany.
- Mógłbyś wyjść - zaczęła z wyrzutem - Trochę mnie stresujesz.
- Ile? - ponowił pytanie - Ile trzeba czekać na wynik?
- Wynik będzie w przeciągu kilku minut.
Pokiwał głową i oparł się o umywalkę. Głośno wypuścił powietrze.
Nie patrzyła na niego. Wiedziała, że każde spojrzenie osłabi ją jeszcze bardziej; rozmiękczy ją od środka i stanie się mięciutka niczym śródziemnomorska gąbeczka oblana wodą; wiedziała iż każde jego przestraszone spojrzenia zniszczy ją, a ona przecież musi być twarda. Czekała więc. Patrzyła przed siebie. Na ścianę, na podłogę- przed sobą, na sufit- nad sobą.
- Irena...- burknął- Chyba to już. Popatrz.
Spojrzała na trzymany w dłoniach test. Dwie kreski.
- Co znaczy dwie kreski? - zapytał z niedowierzaniem mimo iż jako lekarz doskonale wiedział co znaczą dwie kreski - Irena....na miłość Boską. Spójrz na mnie. Powiedz coś.
A ona zamiast coś powiedzieć; zamiast spojrzeć na mężczyznę, którego uczucie tak otwarcie wcześniej przyjęła - wstała, wyrzuciła test i umyła ręce. Wstała dumnie. Wyrzuciła test dumnie. Umyła ręce. Dumnie.
- To wszystko da się zorganizować...damy radę, jakoś sobie poradzimy. Ja całkiem nieźle zarabiam, poza tym mam odłożoną sporą sumę pieniędzy...
- Muszę się umówić do lekarza.
- Zadzwonię i umówię nas z Hanną.
I już wyciągał telefon gdy Irena go złapała za rękę.
- Nie, nie z ginekologiem. Muszę się widzieć z chirurgiem.
Nie rozumiał ani krzty z tego co właśnie powiedziała. Patrzył na nią niby rozumnie, niby pojmując - a wszakże nic nie rozumiejąc.
Dopiero po niecałej minucie gdy spojrzała na niego niemal błagalnie a w oczach jej, tych pięknych oczkach, w których się tak bardzo zakochał, dostrzegł łzy - zrozumiał. Pojął całkowicie.
Wyrwał rękę z jej uścisku i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Nie mogę w to uwierzyć - parsknął żałośnie - Ty chyba nie mówisz poważnie?
- Adam ja nie widzę innego wyjścia...
- Nie widzisz!?- zapytał głośniej niż pierwotnie zamierzał - Nie widzisz?! Cholera jasna! To dobrze, że masz mnie bo JA w przeciwieństwie do Ciebie widzę inne wyjścia. Widzę je całkiem wyraźnie.
- Dla Ciebie to takie proste! - krzyknęła - Razem urodzimy, razem wychowamy! Gówno prawda. Wy, mężczyźni jesteście pierwsi jeśli chodzi o sex...
- Przecież ja nie uciekam od żadnej odpowiedzialności - przerwał jej - Przecie..
- Jesteście pierwsi do sex-u i pierwsi do podejmowania decyzji z nim i konsekwencjami związanych!
- Co ty pieprzysz, Irena? - zapytał z niedowierzaniem- Co ty pieprzysz?
Sama nie rozumiała. Co mówi. Co pieprzy. Kogo pieprzyła przez ostatnich kilka miesięcy - to wszakże rozumiała. Co się teraz działo - ni w ząb.
Cisza.
- Jak myślisz, który to może być tydzień?- zapytał spokojnie przerywając ciszę.
- Pewnie około 6 - odparła cichutko - Gdzieś tak około.
Adam ponownie potarł swój zarost i patrząc teraz wprost nad pochyloną nad umywalką Irenę rzekł:
- A więc ma już rączki i nóżki. Można policzyć paluszki rączek i nóżek.
- Czemu mi to robisz?! - w oczach jej zebrały się łzy - Czemu, do jasnej cholery?!
I on sam już płakał. By nie zauważyła pośpiesznie otarł kąciki oczu rękawem i złapał ją za ramiona silnie przyciągając do siebie.
- Bo chcę byś podjęła słuszną decyzję - wychrypiał - Bo chcę byś nie działała pod wpływem jakiegoś głupiego impulsu...
Spojrzał na nią; czule, z miłością i ufnością, w to że podejmie słuszną decyzje, a ona widząc jego łzy i kształtujące się w jego oczach nieme błaganie - wybuchnęła płaczem.
Otoczył ją ramieniem i zaczął uspokajająco gładzić po plecach:
- Bo nie chcę byś zabijała nasze dziecko - szepnął - Nie chce tego, nie zgadzam się na to.
Ujął jej twarz w swoje duże dłonie i powiedział stanowczo:
- Jestem w tym z Tobą. Poradzimy sobie.
- Adam ja nienawidzę dzieci, na placu zabaw one ode mnie uciekają - wlepiła w jego twarz zapłakany wzrok i mówiła dalej - Nie umiem nawet trzymać niemowlaka...
Uśmiechnął się tkliwie i począł wycierać kciukiem jej zapłakane policzki
- Ja też nie umiem. Ani przewijać ani trzymać.
- A co będzie jeśli ja go nie pokocham? Nic nie poczuję...
- Zapewniam Cie, że poczujesz. Dalej będziesz nienawidzić biegających dzieci na placu zabaw z tym jednym wyjątkiem - swoje będziesz kochać na zabój.
Uśmiechnął się ciepło i wzruszył ramionami:
- Podobno tak jest. Z rodzicielstwem.
Pocałował ją czule i przeciągle po czym wodząc kciukiem po jej gładkich policzkach wyrzekł stanowczo:
- Coś musi w tym być - wlepił w nią rozmarzony wzrok - To wszystko nie dzieje się przypadkiem.
I zaraz objął ją mocno i znów pocałował.
v   

Andrzeja rozjątrzały w pracy dwie sytuacje. Pierwsza- gdy jako pacjentka trafiała mu się świeżo upieczona mama. Druga - gdy ta mama była bardzo ładna. Ponętna i atrakcyjna. A on musi ją zbadać. Dokładnie. Należy stwierdzić iż musiał tutaj wystąpić punk pierwszy by zaistniał punkt drugi.
Andrzej rzucił z furią dokumentacje na biurko mijając nos Wiktorii o niecały centymetr.
Kartki zahaczyły o śpieszące na pomoc ręce i dokumentacja poleciała na wszystkie strony na podłogę.
Andrzej przykucnął i zaczął zbierać kartki.
- To za dzisiaj? Za ten poranny prysznic? - wykrzywiła usta w zawadiackim uśmiechu - Nie martw się, może jeszcze..
- Mam prośbę- burknął - Pacjenta, moja pacjentka, właściwie już nie moja...prosi o zmianę lekarza.
Podniósł się i łypnął groźnie na Wiktorię; Spróbuj się tylko nie zgodzić.
To była dla Wiktorii widoczna zachęta do żartów, zwłaszcza, że dzisiejszy dzień był dla niej niewątpliwie udany.
- Oj coraz lepiej. Czyżby wystąpiło spięcie na linii pacjent - lekarz? A może na linii kobieta - mężczyzna?
- Czy możesz ją zbadać? - westchnął - Mogę Cię o to prosić?
Wiktoria rozparła się na fotelu rozprostowując swoje długie, smukłe nogi:
- Możesz, chyba... ale najpierw mi powiedz co takiego zrobiłeś. Żebym ja nie popełniła ponownie tego błędu - powiedziała rozbawiona widząc urażone spojrzenie Andrzeja.
- Raczej Tobie ten błąd nie grozi.
Wiktoria uśmiechnęła się zalotnie i złożyła ręce na piersiach.
Andrzej skrzywił się i kontynuował :
- Pacjentka oskarżyła mnie o... - zawahał się. Te słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Tych słów widocznie bardzo nie lubił - O molestowanie. O nadmierne dotykanie w miejscach w których nie powinienem. Zażądała zmiany lekarza.
- W jakich miejscach?
Wiktoria była coraz bardziej rozbawiona.
-Co?
- W jakich miejscach rzekomo nadmiernie ją dotykałeś?
Andrzej wywrócił oczami:
- Podobno piersi.
- Ahh piersi...
Wiktoria zacisnęła wargi i teraz groźnie jak jastrząb popatrzyła na Andrzeja.
- Chyba jej nie wierzysz? Przestań, to śmieszne. Ta kobieta ma małe dziecko- Andrzej popatrzył na Wiktorię licząc, że to stwierdzenie coś zmieni - Karmi piersią.
- Aaa to dużo zmienia - rzuciła sarkastycznie.
-Czy wyście wszystkie już powariowały?! Ledwo ją dotknąłem, a większy biust nie obliguje do większej uwagi mężczyzn.
- Ależ oczywiście, że nie - skwitowała - Mężczyźni przecież nie lubią dużych piersi.
Andrzej oparł się o oparcia krzesła Wiktorii tak, że teraz Wiktorię; tą Wiktorię z wyprostowanymi nogami; urażoną lecz całkowicie odsłoniętą - miał centralnie pod sobą. Popatrzył pożądliwie na niebieski uniform zapięty sztywno na srebrne guziczki aż po obojczyk i uśmiechnął się. Pochylił się i pocałował ją za prawym uchem, później w szyję i w odsłonięty, wyeksponowany obojczyk.
Uniosła głowę dumnie:
- Nawet o tym nie myśl.
- Facetom podobają się nie tylko piersi i pupa. Czasem zwracają uwagę także na inne rzeczy.
Zaczął muskać ustami jej policzek, góra dół, góra i dół ;aż poczuł iż dostała gęsiej skórki i uśmiechnęła się odpychając go i jego pieszczoty:
- Ktoś może wejść. Nie wiś tak nade mną.
- Zbadasz ją?
- Wiesz, że zbadam.
Podniosła się z fotela.
- Ale następnym razem radzę Ci bardziej uważać - i wyszła z pokoju.
- Fakt - Andrzej wyszczerzył się odprowadzając Wiktorię wzrokiem - Nie ma nic gorszego niż matki karmiące.
Usiadł na miejscu Wiktorii i już miał zabrać się za papierkową robotę, gdy zadzwonił telefon.
Spojrzał na wyświetlacz.
Anna
- Cześć. Co słychać? Coś ciekawego się wydarzyło?
Andrzej skrzywił się błagalnie, i popatrzył na niedomknięte drzwi pokoju lekarskiego.
Słysząc w słuchawce ten kochany kobiecy głos i troskę jaka z tym pytaniem zawsze była nierozerwalnie złączona - odczuwał palące wyrzuty sumienia. I zawsze wraz z telefonem od Anny, znów pojmował jak bardzo za nią tęskni. I znów uświadamiał sobie, że nieźle się zagrzebał. I wraz kombinował:
- Wszystko dobrze, nic ciekawego właściwie.

W tym "właściwie" wszakże kryło się właściwie wszystko.


Ola

poniedziałek, 10 listopada 2014

Kolejny...

Kochani moi !
Rozdział jednak ukażę się we wtorek jeszcze przed południem.
Przepraszam was, że musicie tyle czekać
Trzymajcie się ciepło, do napisania
Ola

Kolejny rozdział

Cześć wszystkim ;-)
Rozdział ukaże się dzisiaj lub jutro ( po północy) nie tak jak przewidziałam wcześniej, to jest 18 - 20 , bowiem dopiero wróciłam do domu i się zabieram za jakieś dopiski i sklejanie całości. Żebyście nie czekali na próżno na mur beton już od jutrzejszego poranka rozdział będzie na stronce.
Jak zwykle przepraszam za drobne opóźnienia :-)
Trzymajcie się ciepło
Ola